Menu

Haasanki

Debunkujemy rzeczywistość codziennie od 8:00 do 23:00

Magdalenka (2): Akacja

johanna_haase

 

Nie poradzę, przychodzi maj i przełom czerwca, na ulicach i w parkach zakwitają akację, a ja, ilekroć znajdę się w zasięgu ich zapachu, myślę o Mamie. A potem smażę w niedzielny poranek pomidory, i przypomina mi się Ojciec z patelnią.

Robinia_Pseudoacacia_flowerFot. Wikipedia. Robinia pseudoacacia flower - May 2005 - Adda river - Italy - By Archenzo

To czysty automatyzm, zapach akacji dociera do mózgu, i mózg w następnej nanosekundzie wysyła wewnętrzny obraz Matki, czterdzieści lat temu, wylewającej z białej blaszanej chochli racuchowe ciasto na kwiaty akacji rzucone na patelnię, i w następnym błysku zaczynam się ślinić i robię się okropnie głodna, bo te akacjowe racuchy takie pyszne, i bym chciała więcej, a nigdy nie udawało nam się dosyć tych kwiatów naznosić.

 

Bo, oczywiście, kwiaty trzeba było zrywać z drzew, a nie rosły nisko, to znaczy te przy ulicach rosną nisko, ale takich się nie je, bo są zwykle usmarowane spalinami, trzeba iść gdzieś do parku, na łąki, za miasto, nad rzekę, i tam są takie strzeliste, i naprawdę trzeba się trochę postarać, czasem powspinać, Matka podsadza, ale jak widzieliście gałęzie i pień akacji, to wiecie, że to krew, pot i łzy, ale warto, warto, bo racuchy pyszne.

 

Niesiemy potem te naręcza kwiatów akacji, ja przed sobą, Matka zawija w spódnicę, donosimy do domu, płuczemy, teraz trzeba szybko, bo się straci cały zapach i smak, Matka smaży, ja zażeram, w każdym kęsie wyczekuję tej dodatkowej słodyczy, tego bonusu, jakim jest słodki koniec zasmażonej szypułki kwiatowej.

 

I już od pierwszej klasy podstawówki wryta w pamięć Tosia, czy kto tam w „Plastusiowym pamiętniku” mówiąca „kwitną akacje - idą wakacje”, mijają cztery dekady, a ja cały czas pamiętam ten kawałek, bo przecież nie chodzi o Plastusia i o Tosię (a może trochę o Tosię, bo tych kokard i kitek jej zazdrościłam), tylko akacje, racuchy, seria obrazów i smaków. Tak, teraz, w 2016, wiem, że nie akacja, że to robinia akacjowa, ale kto by na to zwracał uwagę, jak to poza tym brzmi: kwitną robinie - idą wakacje, bez sensu.

 

Tamten czas, tamta rzeczywistość, to były intuicyjne odkrycia człowieka na wpół dzikiego, dziewięciolatki, która ganiając z chłopakami i strzelając z łuku wywalała się na glebę, intuicyjne przykładała do rozwalonych kolan i łokci liście babki, a przecież nie wiedziała, że, jak dziś głosi Wiki, „babka zwyczajna - (…) Działanie: wykrztuśne, przeciwzapalne, powlekające (osłaniające). W medycynie ludowej świeże liście przykładano na niewielkie zranienia, ukąszenia owadów, zwichnięcia, ropiejące rany, owrzodzenia, napar służył do przemywania trudno gojących się ran.” Po prostu liście babki były pod ręką i były właściwiej wielkości i kształtu, żeby można sobie je było przyłożyć do rozwalonego łokcia, nic nie wiedziałam o „medycynie ludowej” ani o 3000 lat tradycji babki w medycynie chińskiej. A jeszcze można było sobie z babki powróżyć, albo wylosować, kto pierwszy strzela, albo kto lata po strzały, albo kto kryje, bo wyrwany liść babki kończył się takimi cieniutkimi żyłkami, czasem była jedna, czasem trzy, wystarczyła prosta reguła, i bach, raz dwa trzy kryjesz ty.

 

Latem chodziliśmy na morwy. Rosły, niestety, przy ulicy, więc pewnie sporo ołowiu razem z nimi zeżarłam, ale spadały wielkimi czarnym kiściami, barwiły chodnik, trudno się było powstrzymać, można było jeść kilogramami, jak się udało coś niezeżartego donieść do domu i wypłukać, to mieszałam w misce z cukrem. Nie wiem, ile ubrań zniszczyłam, sok z morwy był cholernie trudny do sprania, a przecież nie było tych wszystkich cudów chemii z Niemiec, chemia z Niemiec to był w tamtych czasach raczej Zyklon B, tak z pierwszych skojarzeń.

 

Tak, teraz mamy zupełnie sympatyczną chemię z Niemiec, ale morwy nie widziałam chyba ze 30 lat. Podobno tak daleko na północ nie ma tych naszych morw, tu są jakieś takie z białymi owocami, nie próbowałam tego jeść. 

 

Ale taki agrest, co właściwie się z nim stało? Nie jadłam agrestu albo czerwonych porzeczek też z trzydzieści lat, nawet nie wiem, gdzie by to można było kupić. W sklepach, znaczy tych, w których kupuję żarcie, teskach, lidlach, biedrach, kauflandach, almach, nie ma takich rzeczy, jak agrest, który „u Maryśki” w warzywniaku się ładowało z miski szuflą do papierowej torebki, a jeszcze był wybór, agrest biały, agrest czerwony, agrest zielony, czuję jeszcze ten dreszcz, jaki dopadał mnie przy rozgryzaniu tej pierwszej włochatej kuleczki, z której wylewał się ten słodkawy kwasior.

A poziomki? Nie wiem, czy jeszcze ktokolwiek gdziekolwiek je sprzedaje, a przecież to był klasyczny wakacyjny, kolonijny, obozowy, domowy deser, kubek poziomek zalanych śmietaną i posypanych cukrem.

 

Mirabelki były smakiem końca wakacji, zwane były u nas śmietnikasami, bo lokalnym obyczajem obsadzano nimi między innymi śmietniki, właściwie nie wiem, czemu, bo poza smrodem ze śmietników były tam zawsze jesienią hałdy rozgniecionych mirabelek, nie było opcji, żeby to przejeść, kiedyś próbowaliśmy, przyniosłam do domu wiadro mirabelek rosnących gdzieś przy ulicy, Matka robiła z tego jakieś powidła, były pyszne, ale mirabelki były czymś tak powszechnym, jak trawa. A dziś, no nie ma, może gdzieś na targowiskach się trafią, może przy drodze na Ostrołękę zbieracze jesienią sprzedają, nie wiem, nie jadłam mirabelek ze dwadzieścia lat.

 

Ojciec był zawsze dosyć wstrzemięźliwy w robieniu żarcia, miał ze trzy opanowane potrawy, w tym jajecznicę, którą, trzeba mu przyznać, robił fenomenalną, choć mega konserwatywną, żadnych tam szaleństw, kiełbacha, czasem boczek, cebulka, sporadycznie szczypiorek. Czasem myślę, że jakby mógł, to by smażył tę jajecznicę na kiełbasie z dinozaura, ale z braku dinozarów musiał się zadowolić kiełbachą ze zwykłej świni. Kiełbacha była naprawę pierwszorzędna, kiełbachę „się woziło”, najlepiej z Liszek, ze Spytkowic, z Przegini Duchownej, a może i z Marcyporęby, bo ta gierkowska za czterdzieści cztery złote to wiesz, ty se ją możesz na patyk nadziać i na ognisku upiec, ale do jajecznicy mi takiej kiełbachy nie mieszaj. Byli ludzie, którzy, wiesz, mówiło się, „on wozi kiełbasę”.

 

I któregoś pięknego dnia, co ja piszę, dnia, przecież oczywiście, że niedzieli, którejś niedzieli, bo przecież weekend za komuny to był sobotni wieczór i niedziela, więc którejś niedzieli Ojciec zrobił jajecznicę z pomidorami.

 

Pomidory za komuny były czymś w rodzaju dzisiejszych krewetek, niby można je w każdej biedrze dostać, ale jednak są synonimem czegoś rzadkiego, ekskluzywnego, wyrafinowanego. Pomidory za komuny miały podobny status, najpierw dostępne były tylko latem, więc ta jajecznica z pomidorami musiała być latem, choć już wtedy pojawiała się "inicjatywa prywatna", dzisiejsza młodzież nie rozumie tego grepsu, kiedy o kimś bogatym mówiło się, że wygląda, jakby miał "hektar pomidorów pod szkłem", pomidorów kupowało się niewiele, jeden, dwa, bo miały swoją cenę. Niewiele wcześniej przecież śpiewał o nich Michnikowski:

Pamiętam, jak dziś, , niedziela, dziesiąta piętnaście, Ojciec wnosi patelnię, a na niej jajecznica z pomidorami. Nieufnie, ale spróbowałam, i została mi ta jajecznica z pomidorami do dziś, jak inni mówią, Teleranek - stan wojenny, to ja mam Teleranek - jajecznica z pomidorami, to był jakiś 1975 może, a teraz, czterdzieści jeden lat później, ciągle eksperymentuję, co by tu, może dodać trochę oliwy do smażonych pomidorów, może rozmaryn, tarty tymianek, żeby mi jajecznica z pomidorami wyszła tak, jak wtedy Ojcu, czterdzieści lat temu.

Komentarze (14)

Dodaj komentarz
  • pharlap

    Morwy na ulicy? U mnie też - KLIK.
    Pomidory za komuny... jak krewetki. Ejże - w latach 1947-1960 żyłem w biedzie, ale sałatki z pomidorów nigdy nie brakowało.
    A że sezonowe, jak wiele innych jarzyn i owoców?
    To bardzo słusznie i dobrze. Czytałem bardzo naukową rozprawę o tym jak organizm ludzki reaguje na pory roku. Istotnym punktem były rozwazania na temat diety - dopasowanej do pory roku i miejsca pobytu. Absolutnie się z tym zgadzam - jest pora na truskawki i na kapustę kiszoną. Sprowadzanie owoców z tego końca świata, na którym właśnie obrodziły szkodzi zdrowiu. Nie mówiąc już o szprycowaniu ich chemikaliami zeby przetrwały transport i magazynowanie.

  • johanna_haase

    @pharlap

    "w latach 1947-1960 żyłem w biedzie, ale sałatki z pomidorów nigdy nie brakowało"

    No, ale pewnie miałeś własne, albo od kogoś znajomego z ogródka.

  • pharlap

    Nie, ze straganu.

  • johanna_haase

    No cóż, dla mnie były egzotyką. Jak krewetki dzisiaj, które wszak są w każdej biedrze i kosztują coś koło 9 zł.

  • johanna_haase

    Autopoprawka - krewetki rzeczywiście leżą w biedrze w wielkich ilościach, ale nie po 9, tylko po 13,99. Poza tym, jak pomidory w PRL - są.

  • magister.sianko

    Czy ten Hopper w nagłówku bloga był od zawsze?

  • stalowyszczur

    ..najpierw korekta obywatelska- "dziewęciolatki". I teraz jedziemy. Właściwie to agrest i porzeczki można kupić bez problemu, problem w tym co z nich zrobić? bo nie jest to owoc deserowy. Kompotów się nie gotuje, dżemów- też nie. No ja tam czasami coś robię. Ale fajniejsze są np. z grejfrutów.
    A co do pomidorów.... IMHO zawsze to było powszechne warzywo...

  • johanna_haase

    @stalowyszczur

    Thk za korektę. Ale pomidor to nie warzywo, i nie, nie był powszechnym owocem. Były tylko latem i były od "badylarzy" albo z działeczki, jak ktoś miał, a zimą to wcale, albo drogo (stąd Addio, pomidory Michnikowskiego wszak).

    @mgrsianko
    No, Hopper już ze trzy-cztery miesiące wisi, acz oczywiście nie od prekambru.

  • kuba_wu

    U mnie pod domem rosną mirabelki, właściwie naokoło, ogromne ilości. Nikt ich nie zbiera, nikt nie je, poza mną - gdyż wspomnienia z podstawówki: mirabelki zbierane z nagrzanego słońcem, blaszanego dachu garażu koło szkoły, ten dreszcz emocji - czy woźny zobaczy, czy złapie? Pyszne :)

    Z mirabelką jest taki problem, że albo jest jeszcze twarda i kwaśna, albo już dojrzała i właśnie spadła. Trudno uchwycić jeszcze na drzewie we właściwym momencie. No i smak, umówmy się, jednak dość marny, obiektywnie.

  • maciek_r10

    @kuba_wu
    "Z mirabelką jest taki problem,..."

    W dzieciństwie mamy więcej odwagi i nawet jakiejś nawet zawziętości w jedzeniu rzeczy, które "obiektywnie" są niedobre i na tym chyba polega, po części, sekret magdalenek.

    @johanna
    Próbowałem sobie przypomnieć kiedy ostatnio jadłem poziomki i trafiłem na moją magdalenkę czyli leguminę (aczkolwiek możliwe, że gdzie indziej nazywa się to inaczej) na zimno. Zdarza się, że wiosną mama czasem ją zrobi tylko, że już nie z poziomkami ponieważ z biegiem lat receptura doznała pewnego przeobrażenia. Poziomki zastępowały krojone truskawki, maliny (co nie jest dobrym pomysłem) i w końcu, tym razem sprawdzająca się doskonale w roli poziomek, jagoda kamczacka.

    No ale nie o tym raczej ta notka, więc jutra z rana wsiadam do pociągu i pojadę tam, póki jeszcze jeszcze mogę o nich pisać z małej litery i pomimo tego, że to co mówię puszczą zwyczajowo (co zawsze mnie tak jakoś osłabia) mimo uszu.

  • maciek_r10

    @johanna
    Oczywiście, bardzo dziękuję za notkę!

  • dd15.2

    Jak to nie było pomidorów?

  • Gość: [amorphous] *.eaw.com.pl

    W latach 80-tych pomidory byly w sklepach zupelnie normalnie czyli raz byly raz nie ale generalnie nie byly to biale kruki. Jak nie bylo to sie kupowalo od "prywaciarza".
    Wczesniej nie pamietam bo za mlody jestem ;-) Zawsze troche rozciapciane, lepsze szly do kanapek z gorszych robiło sie przecier. Agrest jest normalnie nawet w biedrze ale w sezonie. Morwe kupuje sobie bez problemu w piotrze i pawle i tesco na stoiskach z "eko" jedzeniem. To czego ostatnio za to ostatnio nie widzialem to rabarbar. Poziomki i porzeczki swoje z działki ;-)

  • johanna_haase

    @amorphous

    We wczesnych latach 80., czyli tak do 1984, w moich stronach pomidory były symbolem "badylarstwa", czyli prywatnego biznesu, i jako takie były dostępne za sporą kasę tylko w różnych prywatnych budkach. Ale przecież piszę tu o jakimś 1975, więc prawie dekadę wcześniej - w tamtych czasach pomidory były dostępne wyłącznie latem, w przedziale czerwiec-wrzesień. Stąd przecież brała się ta piosenka, że addio pomidory, i do zobaczenia za rok.

Dodaj komentarz

© Haasanki
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci