Menu

Haasanki

Debunkujemy rzeczywistość codziennie od 8:00 do 23:00

Dlaczego Almie się nie udało

johanna_haase

 

Rozgrywająca się na naszych oczach agonia ostatniej sieci nazywającej się delikatesową jest interesującym przyczynkiem do zrozumienia, co się wydarzyło w Polsce w ciągu ostatnich 15 lat.

 

Popularny błąd poznawczy polega na uniwersalizacji własnych doświadczeń. Na przykład prawicowi publicyści i blogerzy mający homoerotyczne koszmary nocne o byciu zniewalanymi seksualnie przez ciemnoskórych uchodźców realizują swoje fantazje w codziennej pracy, projektując swoje marzenia na kobiety, gejów, Europę, polityków itd. (Mind projection fallacy, https://en.wikipedia.org/wiki/Mind_projection_fallacy).

Człowiek świadomy istnienia błędów poznawczych stara się do swoich subiektywnych odczuć podchodzić z niejakim sceptycyzmem, pamiętając o elementarnych ustaleniach psychologii społecznej, np. generalizacji. Na przykład pewien znany mi osobiście słynny publicysta prawicowy jest w życiu codziennym gburowatym, niskopiennym chamem, jarającym fajki i śmierdzącym przetrawionym alkoholem, papierosami i psującymi się zębami, więc mam tendencję do rozciągania tego wyobrażenia na pozostałych prawicowych publicystów, np. kiedy słucham perorów pana Lisickiego w Trójce. Ale zaraz sobie zdaję sprawę z tego błędu generalizacji, przecież pan Lisicki na pewno ładnie pachnie i przyjemnie się uśmiecha, i w ogóle.

Więc, wracając do naszych baranów, moja pierwsza reakcja, kiedy jakoś w czerwcu wybrałam się do Almy w warszawskiej Promenadzie, była „ojej, a jednak?”. 



***

„(…) Jeszcze 8-10 lat temu paradowanie z torbą Almy po centrum handlowym było symbolem wysokiego statusu. 

Alma ma kłopoty, bo zmienił się rynek, zmienił się handel, zmieniły się zwyczaje zakupowe Polaków. A sieć delikatesów, niestety, w tym czasie nie zmieniła się prawie wcale. (…)”

Tak piszą Piotr Miączyński i Leszek Kostrzewski w tekście „Alma nie będzie ostatnia. Średnie sieci handlowe w kłopotach” na Wyborcza.biz (http://wyborcza.biz/biznes/1,147743,20867965,alma-nie-bedzie-ostatnia-srednie-sieci-handlowe-w-klopotach.html). Jak zwykle znajduję w ich tekstach coś, do czego mogę się z łatwością przypieprzyć, akurat ten fragment dzięki swojej zgrubnej generalizacji uważam za trafny. W dyskusji „dlaczego Almie się nie udało” argument „bo się wszystko zmieniło poza Almą” jest najprawdziwszy.

 

***

 

Uważam się za taką standardową polską klasę średnią. Bywa lepiej i gorzej, ale od trzech dekad jakoś żegluję między szeroko rozstawionymi widełkami tej warstwy. Nie nęci mnie awans wyżej, nie chciałabym spadku, jest mi dobrze tam, gdzie jestem. Nie mam nieustannej potrzeby potwierdzania swojego statusu, ostatecznie ile telewizorów, samochodów, komputerów, wycieczek zagranicznych jestem w stanie symbolicznie zeżreć?

 

Przez lata byłam klientką Almy i pewnie o mnie by Kostrzewski z Miączyńskim napisali, że „paradowałam z torbą Almy po centrum handlowym”. Nie paradowałam, tylko chodziłam, nie miałam poczucia, że to symbol statusu: najbliżej Gocławia było tylko jedno centrum handlowe, Promenada, i był w nim tylko jeden spożywczak, Alma. I ten spożywczak miał tylko jeden rodzaj toreb zakupowych, z logiem Almy. Więc trudno mi raczej uznać, że był to jakiś wyróżnik.

 

Alternatywą dla Almy było parę zapyziałych osiedlowych sklepików, choć i tak, jeśli ktoś chciał świeże pieczywo, to najlepiej było iść na Statoil. Tak, w Warszawie, na wówczas 50-tysięcznym osiedlu mieszkaniowym, 15 lat temu ciepłe bułki można było kupić głównie na stacji benzynowej. Zabawne? No jak dla kogo.

 

Alma na tym tle była miejscem naprawdę przyjemnym, bo poza standardowymi zakupami - pieczywo, warzywa, jakieś mięso, wędliny, sery - zawsze można było na koniec kupić coś ekstra. Cantucci, śledzie w piri-piri, oliwę kalamata, butelkę ouzo. Bez szału, ale z poczuciem, że się zrobiło sobie samej (i rodzinie) drobny prezent.

Zrzut_ekranu_20161024_o_12.52.01

Oczywiście, można też było się wybrać gdzieś dalej na zakupy. Drugim najbliższym po Almie centrum handlowym było King's Cross przy Jubilerskiej, gdzie królował Géant. W Géancie były zawsze nieprawdopodobne kolejki, bo było to na prawym brzegu najbliższe tego typu centrum handlowe dla całego obszaru od Warszawy po Mińsk Mazowiecki i Garwolin, więc na parkingu trudno było wetknąć szpilkę między te wszystkie WOT, WG, WM czy LLU. W samym sklepie - klejące się od brudu podłogi, ludzie wkładający do wózków dzieci w zabłoconych butach i królestwo Leader Price’a - niezwykle gównianej marki własnej Géanta, właściwie tylko mąka nadawała się do użycia, reszta to była jakaś buda pomielona razem z psem (jakby ktoś chciał kiedyś zrozumieć, czemu Polacy ze sceptycyzmem podchodzili przez 20 lat do „marek własnych”, to w marce znanej też jako „lider szajs” może tkwić jakiś zaczyn odpowiedzi).

 

W Géancie standardem były padające terminale do kart płatniczych, więc przed zakupami mądrze było nabrać trochę keszu. Nie należało tego robić w bankomatach na terenie King's Cross, bo tam kesz był już wybrany i taka próba mogła się zakończyć w najlepszym wypadku brakiem kasy, w gorszym - zatrzymaniem karty w zawieszonym bankomacie. Więc zakupy weekendowe w King's Cross zaczynałam od „kochanie, jadę na miasto wybrać gdzieś trochę gotówki, żeby mieć na zakupy w Géant”. Pamiętam, jak mi kiedyś bankomat przy takiej okazji wypłacił tysiąc złotych w banknotach dwudziestozłotowych.

 

Nieśmiało pojawiały się dyskonty. Pamiętam, jak w połowie lat 90. dostałam, jako niestety dyżurująca dziennikarka, zaproszenie na otwarcie dyskontu Netto w jakimś zadupiu w zachodniej Polsce (tak, to było takie wydarzenie, że zapraszano prasę). Na pytanie kolegów z redakcji „i jak tam jest” odburknęłam „burdel i sprzedaż cukru w workach po 10 kilo z palet”, i naprawdę nie miałam ochoty o tym pisać. Kaufland zaczął otwierać swoje sklepy w 2001, Lidl rok później. 

***

Alma na tle tego krajobrazu wydawała się sklepem z innej rzeczywistości. Spory wybór serów, alkoholi, wędlin, ryb, dodatków, jak pindżur czy ajwar, hummusy, oliwa, i wiele, wiele innych rzeczy. Tureckie piwo Efes, pamiętane z wakacji, tu było do kupienia za jedyne 6 zł za pół litra. Nie musiałam już planować raz na rok wyprawy do Liszek po kiełbasy, bo kiełbasa lisciecka „od wójta” była do kupienia tuż obok, razem z szynką arcyksięcia Ferdynanda, swojską z Kleparza i polędwicą generalską. Oliwę ciągle jeszcze wolałam kupić od kreteńczyków w Kolymbari, ale jak się pojawiała kreteńska oliwa w Almie, to kupowałam.

 

Moje doświadczenia nie były przecież wyjątkowe. Polacy zaczęli jeździć po świecie i wracając, przywozili nie tylko wspomnienia widoczków, ale i smaków. Sukces greckich, tureckich, arabskich, chorwackich czy bułgarskich knajp brał się przecież także stąd, że w październiku czy grudniu chcieliśmy sobie przypomnieć cevapcici z Dubrovnika, tzatziki z Korfu, pljeskavicę, burek, pizzę lahmacun zjedzoną w Bodrum. Nie trzeba było być przecież bóg wie jak zamożnym, żeby za 1500 zł polecieć na olinkluziw do Antalyi albo Heraklionu i przywieźć do Polski tęsknotę za zimnym Efesem czy Mythosem. 

Zrzut_ekranu_20161024_o_12.52.32

Knajpy realizowały te tęsknoty - mały, 0,33l puszkowy Mythos kosztował w popularnej greckiej tawernie w Warszawie 12,50 PLN (i jakieś 0,5 EUR w greckim spożywczaku). Alma oferowała - na tym tle - jakąś tam sensowną alternatywę, proszę bardzo, greckie piwo za piątala.

 

Kasy i terminale karciane w Almie działały, podłogi i wózki były czyste, towar ułożony na półkach logicznie, obsługa uczynna aż za bardzo (te kolejki do stoiska serowego, gdzie każdy musiał kupić osiem rodzajów sera po trzy plasterki z każdego). 

 

Piętą achillesową Almy było zawsze stoisko owocowo-warzywne, gdzie można było kupić daktyle czy granaty, ale banany po jednym dniu nadawały się do wyrzucenia, polskich owoców był marny wybór (nawet w czasie, gdy jedzenie jabłek stało się patriotyczną powinnością antyputinowską), a telefon do domu „kochanie, kup gdzieś pomidory/ogórki/sałatę/koperek/szczypiorek/czosnek/łotewa, bo w Almie nie ma” były na porządku dziennym. Ale za to można było wrócić z Almy z pasztetem z dziczyzny o smaku niebiańskim.

 

No i co się stało?

 

***

Prezes Almy Jerzy Mazgaj w rozmowie z Piotrem Karnaszewskim dla Forbesa na początku tego roku mówi:

 

„(...) Moja żona lubi mówić, że bawię się biznesem, i jest w tym sporo racji. U mnie nie ma jasnego podziału na pracę i przyjemności. Fascynują mnie podróże i poznawanie nowych rzeczy. Ostatnio byłem na Sri Lance kupować herbatę. Partner, który nas zaprosił, wynajął helikopter i pokazał wszystkie swoje 11 plantacji. To niesamowite przeżycie widzieć tę przyrodę z lotu ptaka. Nocowałem tam w pięknym bungalowie z 1890 r., urządzonym w kolonialnym stylu, przypominającym czasy szkockich i angielskich właścicieli. Podobnie było z wprowadzeniem marki Damiani do Polski. Nim to się stało, osobiście poznałem obu braci Giorgio i Guido Damiani. Zaprosili mnie do siebie, widziałem, jak się produkuje kolie za 1,5 mln euro. Pasjonuje mnie poznawanie nowych smaków, świeżo dojrzewających serów czy wędlin. Lubię też kubańskie klimaty z cygarami i najlepszym rumem. Jestem zaprzyjaźniony z całą masą właścicieli winnic czy producentów oliwy, którzy zaopatrują nasze sklepy. Najprzyjemniejszy moment w robieniu tego biznesu jest wtedy, kiedy mogę zasiąść z nimi razem przy stole i delektować się ich specjałami. To jest najprzyjemniejsza część mojej pracy, bez niej nie miałbym szans tego wszystkiego przeżyć. Dlatego na emeryturę się nie wybieram, bo i po co?”

(http://100najbogatszychpolakow.forbes.pl/bawie-sie-biznesem,artykuly,203656,1,3.html)

 

Ta wypowiedź jest też w jakimś stopniu odpowiedzią na pytanie, co stało się z Almą. 

 

Brakło w niej menedżera. 

 

Prezes, który „bawił się biznesem”, a przy tym rezerwował sobie prawo bycia zaopatrzeniowcem firmy, nie miał czasu ani głowy do analizy rynku. Jechał do zaprzyjaźnionych dostawców oliwy i producentów wina i u nich delektował się specjałami, mówiąc, o, dobra oliwa, świetny aromat, wyczuwalna tylnogardłowa goryczka, z chlebem i solą pierwszorzędna, będzie idealna do sałatek i jako dodatek do hummusu. Bierzemy. Będzie po 59,90 za 0,75l na półce.

 

Tylko, że od paru lat świetną oliwę z Kolymbari, Platanias, Maleme można kupić po 19,90 za litr w Kauflandzie, Lidlu, w rozlicznych małych sklepikach z oliwą, których 15 lat temu było zero koma zero.

 

Prezes Almy wybiera doskonałe wina w zaprzyjaźnionych winnicach, a tymczasem świetne primitivo w Lidlu jest po 19, a w Biedronce po 16,99 zł. Dla spragnionych egzotyki w niskiej cenie - retsina w Lidlu po 7,50 za pół litra. W promocji w Almie można kupić przywoite pinot noir po 29 zł, ale w Tesco dobre casualowe pinot grigio z regionu Veneto kosztuje 9,99. Jak ktoś ma jakieś dziwne uprzedzenia do marketowych win, to proszę bardzo, Conde de Valdemar Rioja Tempranillo da się kupić w Warszawie za 29-35 zł. W czasach, gdy Alma wchodziła na rynek, jakieś przyzwoite chilijskie wino ze środkowej półki kosztowało 75 zł za butelkę. Teraz za taką kasę można kupić 5 butelek tego samego wina.

 

W Almie kończą się egzotyczne piwa, w Lidlu półlitrowy Mythos kosztuje 2,40, a co chwilę można kupić świetne chińskie Tsingtao czy indyjskiego Kingfishera za góra trzy złote.

 

W Almie znikają z półek ostatnie raczej nędzne w smaku hummusy warszawskiej wytwórni Whomus (dojmujący dla mnie smak to jakiś kwaśny konserwant), a doskonałe (jak na kupowane - oczywiście umiem zrobić lepszy) hummusy w czterech smakach leżą w każdej biedrowej lodówce. Dolma wymagająca tylko dosypania rodzynek i pokropienia sokiem z cytryny jest w stałym menu Lidla. Tzatiki może sobie polska klasa średnia nabyć w sklepie gotowe, lub kupić półkilowy grecki jogurt z Mlekovity, albo biedajogurt Tolonis z Biedry, dorzucić ogórka, koperek i czosnek, i za parę groszy mieć własne. Dziesięć lat temu, żeby kupić grecki jogurt, najprościej było lecieć do Grecji, albo skorumpować kucharza z greckiej knajpy (cztery dychy za kilo), albo z triumfem sporadycznie wyszukać w Almie.

 

Sensu istnienia dziś Alma w starej formule nie ma. Gdyby jej założyciel i prezes poświęcił mniej czasu na delektowanie się cygarami i winem w winnicach dostawców, a więcej na zarządzanie, dziś nie byłoby tej dyskusji.

 

***

Znane i obśmiane powiedzenie mówi, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie w porcie”. Odnosiło się ono do liberalnej wizji dystrybucji bogactwa - jak jest dobrze i gospodarka rośnie, to wszystkim rośnie, jak ten przypływ i te łodzie. Przypływ podniesie w porcie i transatlantyk, i małą rybacką łódkę, wszyscy rosną o jednaki poziom. 

Powiedzenie zostało obśmiane i skompromitowane, dystrybucja bogactwa w ciągu ostatnich trzech dekad już nie przebiega tak, jak w powiedzeniu, bogatym rośnie szybciej, biedniejszym wolniej, lub wręcz się nie polepsza wcale. Ale prosta fizyczna zasada, bez metafor i rzutowania na gospodarkę, jednak jest prawdziwa - przypływ przecież faktycznie podnosi wszystkie łodzie w porcie.

 

Poza tymi, które są zbyt krótko uwiązane. 

 

Łodzie, które stoją na cumie krótszej niż różnica pływów, w czasie przypływu po prostu zatoną. Woda się podniesie, a lina będzie je trzymać, aż je wciągnie pod wodę.

 

Alma była taką łodzią.

 

***

W czasie, kiedy Alma wchodziła na rynek, do szeroko rozumianej klasy średniej zaliczać można było najwyżej 8% społeczeństwa. W tej chwili, wedle różnych szacunków, jest to od 40 do 60%. Rynek nam się zmienił. Za rynkiem, za rosnącą klasą średnią, szła oferta sklepów. Stąd w dyskontach, zamiast 10-kilowych worków z cukrem z palet, pojawiły się schab ze śliwką, crostini i angielski cheddar. Równocześnie na obrzeżach tego rynku pojawiły się specjalistyczne sklepy. Chcę kupić sigara böreği, barani cevap, cielęcinę na Wiener Schnitzel, ayran, herbatę lapsang souchong? Kiedyś było kilka specjalistycznych sklepów - dziś ten towar jest w Selgrosie, w Kauflandzie, w niezliczonych azjatyckich czy lewantyńskich specjalistycznych sklepikach. Owszem, ja je mam blisko, a mieszkaniec, z całym szacunkiem, Małaszewicz czy Końskowoli daleko. Ale do Almy też miałam blisko, a on daleko.

 

Alma wobec rośnięcia grupy docelowej poszła w ekstensywny rozwój. Zamiast zwiększać „plon z hektara”, gnana fetyszem wzrostu otwierała kolejne sklepy - w których sprzedawała te same rzeczy. Jak prezes koneser wykoneserował cygara, to w każdej Almie musiały się pojawić stosowne gabloty i dmuchajce parą nawilżacze oraz ekspozytory cygar, ale za to stoiska serowe dalej wyglądały tak, jak 10 lat wcześniej; kupienie mimolette stało się problemem, a Biedronka miała większy wybór kozich i owczych serów niż Alma.

 

Alma mogła jeszcze rok, dwa lata temu próbować uciec spod topora - innym, poza łodziami w porcie, popularnym ekonomicznym memem jest „shrink to grow”, zmniejszyć się, by urosnąć. Alma po prostu mogła się skupić na paru dobrych rzeczach, zamiast nieustannie udawać „delikatesowy supermarket”. Takich mocnych stron miała kilka.

 

Sery, o których już kilka razy pisałam, to był w mojej opinii sensowny kierunek. Do dziś nie ma w zasadzie dobrych „sklepów serowych”, z naprawdę dużym wyborem. Wszędzie jest z grubsza ten sam asortyment, z różnymi wariacjami, „serów żółtych”. Istnienie takich serów, jak carski (nie ten z Lidla w plasterkach) czy rozmaitych Jagn, Boryn, Antków, jest szerokiej publiczności nieznane, a przecież jeszcze jest multum serów dojrzewających, orzechowych, owczych, kozich. Alma wstawiła stopę w te serowe drzwi, ale niestety tak już została.

 

Inne kierunki, gdzie Alma miała kompetencje, to oliwa. Co z tego, że prezes mówi o oliwie ze znawstwem, skoro w jego sklepach były głównie masówki - Gaccia d’Oro i Monini. To nie są złe marki, ale jak chcemy żądać ceny premium, to by trzeba było się wybrać w niedzielę do Florencji na chłopski targ na Piazza della Repubblica, albo do Agory w Chani, i poszukać naprawdę niszowych rzeczy. Czy ja kiedykolwiek kupię w Polsce porządne rakomelo, czy muszę w tym celu szukać tych zapomnianych przez Boga i ludzi nielegalnych gorzelni na stokach Lefka Ori?

 

Promenadowa Alma miała świetne pieczywo z warszawskiej piekarni Grzybki; najlepszy był chleb chłopski, który sprzedawano na kilogramy i po który ludzie jeździli z daleka. Był to chleb, który z czasem nawet zyskiwał, dawało się go zjeść i cztery dni po zakupie, a po tygodniu wciąż był świetnym dodatkiem do bigosu. Co zabawne, fakt, że ten chleb jest Grzybków i że tak naprawdę można go kupić w stu innych miejscach, bywalcom Almy zwykle umykał, moi znajomi, z którymi się kiedyś na jakimś przyjęciu zgadałam, wychwalali pod niebiosa „chleb chłopski z Almy” i jeździli po niego raz w tygodniu po 20 km, po drodze mijając pewnie z pięć innych punktów, gdzie był dostępny. Ale w Almie były też prawdziwe paryskie bagietki, a nie te trociny z Tesco, i pity, i ciabaty, i cała masa fikuśnych pizzerin, i innych fajnych, niezdrowych rzeczy.

 

Sery, oliwa, pieczywo, ryby, alkohol, półprodukty do „kuchni świata”, kawa - gdyby Alma poszła w tym kierunku, pewnie by miała stabilną pozycję rynkową, przy przejściowo mniejszych obrotach i zyskach. Ale nie musiałaby zatrudniać tylu ludzi ani zajmować tak gigantycznych powierzchni (i to niekoniecznie w centrach handlowych, które sobie cenę metra kwadratowego indeksują w EUR). Skupienie się na mniejszym, ale lepiej wybranym asortymencie dałoby też Almie szansę na kompetentny rozwój sprzedaży zdalnej - zamiast poświęcać czas na wprowadzanie do sprzedaży Ramy i coca-coli, jak pierdyliard innych sklepów online, mogli się skupić na sprzedaży asortymentu mniejszego, ale dającego większą marżę i mającego mniejszą konkurencję. 

 

***

 

Popularna jest w ostatnim czasie teza, jakoby upadek Almy oznaczał „koniec delikatesów w Polsce”, bo Bomi, bo Piotr i Paweł, bo coś tam. To jest bzdura - delikatesy w Polsce są i będą, tylko nie tam i nie takie, jak się to wydaje prezesom spółek i dziennikarzom. Niemiecki źródłosłów delikatesów to „delikat Essen”, dosłownie „wytworne jedzenie”, z łacińskiego „delicatus” oznaczającego „przyjemny, dający przyjemność, smaczny”. Delikatesy właśnie dzięki upadkowi Almy będą mogły na powrót się pojawić, nie oferując masówki, ramy, pepsi i czipsów na 800 metrach kwadratowych, tylko cielęcinę, masło na wagę, parówki halal i foie gras pakowane do słoiczków w sklepiku gdzieś przy ulicy. 

Zrzut_ekranu_20161024_o_12.52.44

Już zresztą są ciekawe zaczątki takich sklepów, do których warto raz na miesiąc wpaść i zrobić zakupy. Takim sklepem, który przeszedł w ostatnich latach niesłychaną przemianę, jest np. warszawska Samira, teraz na Powsińskiej, kiedyś na Polu Mokotowskim. Albo rozliczne sklepiki etniczne w Pasażu Muranów.

 

Alma jako marka ma szanse się jeszcze odrodzić, w końcu po każdym tekstem, jaki sama o niej napisałam, i jaki czytałam ostatnio, pojawiają się pełne żalu komentarze byłych wiernych klientów. Jeśli odrodzi się w ciągu dwóch-trzech lat, tych klientów będzie można jeszcze odzyskać. 

 

Ma szansę: nowy format, sklepiki po maksymalnie 100 metrów, węższy asortyment, nowe tematy, koszer, halal. Mniej odpałów takich jak koneserstwo i cygara, więcej rzeczy ze średniej półki, ale rzadkich (rakomelo!). Stały monitoring rynku - jak coś wchodzi do mainstreamu, to wypada z oferty, bo cenowo nigdy delikatesy nie mogą konkurować z Lidlem. Silna promocja własnej marki - jak mam Krakowski Kredens, to nie robię, na miłość boską, promocji Tarczyńskiemu, bo po wypromowanego w Almie Tarczyńskiego ludzie idą do Tesco, po czym odkrywają, że lidlowy Pikok jest tak samo dobry. Jak mam oliwę z Krety i chleb chłopski z Grzybków oraz kiełbasę od wójta z Liszek, to robię promocję chleba z oliwą i kiełbasą, a nie promocję włoskiego wina, bo włoskie wino jest wszędzie, a dobra, krucha, aromatyczna kiełbacha na pysznym chlebie tylko u mnie.

 

***

Kiedy widziałam te wylizingowane dostawczaki Almy, które miały niby zwozić zakupy ludziom do domów, stojące bez ruchu na parkingu przy Promenadzie, czułam, że coś tu jest nie tak. Błąd poznawczy, którego starałam się wystrzegać, a o którym pisałam na wstępie, mówił mi „robię sporadyczne zakupy w Almie raz na pół roku, przypadkiem, a kiedyś robiłam spore co tydzień, pewnie ludzie się od nich odwracają”, a potem się karciłam w myślach „nie uogólniaj swoich doświadczeń”. A jednak tak się stało.

 

Dziennikarze i eksperci prześcigają się w analizowaniu przyczyn problemów Almy, podają liczby, procenty, wzrosty i spadki. Ja celowo od tego uciekam, staram się zrozumieć mechanizm, bo to, jak doszło do problemów, nie wynika z 42-dniowej rotacji towaru na półce, ta rotacja jest skutkiem, a nie przyczyną. Przyczyną jest to, że zarząd spółki - a przecież tak naprawdę, z racji swojej osobowości, prezes Mazgaj - nie zauważył, że odjechał im nie pociąg, a cały peron, że Alma AD 2014 (bo później to już nie miało znaczenia) jest taką samą Almą jak w roku 2002 czy 2004, tylko tych sklepów jest więcej, a klientów mniej.

 

Nie chce mi się wdawać w dyskusję, jak Alma inwestowała swoje pieniądze, czemu doprowadziła warszawskie kino przy Marszałkowskiej i Złotej do stanu ruiny zamiast stworzyć tam flagowy sklep, jakie były zależności między jednostkami powiązanymi w grupie kapitałowej, czemu Krakowski Kredens otwierał punkty w konkurencyjnych wobec Almy lokalizacjach i to takich subpremium (wyspa w Arkadii, nora w King's Cross na Jubilerskiej w Warszawie i in.). To wszystko są raczej skutki, bo przyczyna, że powtórzę się do znudzenia, jest prosta: klienci się Almą w 2014 czy 2015 znudzili, jak w 1992 znudzili się Pewexem.

 

Johanna Haase

 

(zdjęcia w tekście są mojego autorstwa i zostały wykonane we wrześniu 2016 w Almie w CH Promenada)

 

Leszczyna >

< Orzechowska


Reklama i sponsorzy bloga

Komentarze (35)

Dodaj komentarz
  • Gość: [BlackDoberman] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl

    Bardzo trafna analiza.

  • Gość: [Deker] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Ponieważ na fejsie się nie da, to ja tu zapytam. Gotowe rakomelo w butelce? Toż to bez sensu jest, prawie jak Grzaniec galicyjski zamiast grzanego wina. Raki/tsipouro, miód, cynamon w lasce i pomarańcza wystarczą, żeby każdy butelkowany produkt zawstydzić!

  • Gość: [sennmara] *.dynamic.chello.pl

    Rozczarowała mnie Pani. Nie sądziłam, że będzie Pani propagowała mięso koszer i halal lub też foie gras.

  • Gość: [lol] *.dynamic.gprs.plus.pl

    Alma upada, bo utopiła kupę kasy w nieudanych inwestycjach, a nie dlatego, że markety nie przynoszą zysków. sama Alma przynosi właśnie zyski.

  • Gość: [Senny] *.play-internet.pl

    M1 jest w Markach, nie na Jubilerskiej

  • johanna_haase

    @Senny

    Tak, skontaminowało mi się z tym całym King's Cross. Poprawiłam.

    @Lol

    Nie.

    @senmara

    Primo, skocz no po słownik i sprawdź znaczenie słowa "proagować", secundo: ja tam jem duński serek Puck halal i jem koszerną baklawę i nie bardzo rozumiem, co ci w tym nie pasuje i czemu nazywasz to mięsem?

  • Gość: [Wojtus] *.play-internet.pl

    A bzdurny artykol. Pani reklamuje towary i sklepy i za to bierze kase czy za wierszowke?

  • Gość: [qazq] 192.198.151.*

    Największy problem Almy to ucieczka w Polskę powiatową, mniejsze miasta, gdzie po prostu klient nie dorósł do pewnego poziomu, raz że jakości towarów, dwa że wyboru i poziomu obsługi.

    Zresztą w ten analizie też nieco pobrzmiewa i pokutuje takie przywiązanie.
    Bo to nie jest problem że gdzieś tam w biedrze to samo jest taniej, czy innym Tesco.

    Sama zaważasz że w Almie było zawsze czysto, zawsze był miły zapach, obsługa uczynna - to też jest wartość dodana i coś co po prostu kosztuje. Chcąc mieć czysto i ładnie społeczeństwo musi nauczyć się za to płacić.

    Dopóki społeczeństwo jest ledwie odrośnięte od pługa, to poleci do Tesco, nie będzie widzieć syfu i problemu że trzeba sobie samemu towar odpakować z opakowania zbiorczego, a potem skasować w kasie samoobsługowej pod czujnym okiem ochroniarza który sprawdza czy kradniesz, w razie wątpliwości zrobi rewizję. Ale jest ileś złotych taniej. Hura.

    Dlatego zresztą pada nie tylko Alma - ogólnie wiele sklepów luksusowych.
    Np. ze sprzętem grającym - bardzo ceniłem jeden mój ulubiony sklep prowadzony przez znajomego gdzie zawsze kompetentna obsługa służyła radą i wiedzą, gdzie w wygodnym stanowisku odsłuchowym można było bez pośpiechu sprawdzić sprzęt i zdecydować się, sprzęt potem mógł zostać dowieziony do domu przez obsługę, tam podłączony, sprawdzony - dużo wartości dodatkowej.
    Sklep został zamknięty. Dlaczego? Bo nie wytrzymał konkurencji ze strony raz ze strony sklepów internetowych, dwa ze strony różnych mediamarktów.

    Wniosek jest inny - jako społeczeństwo po prostu nie dorośliśmy do luksusu. Nie rozumiemy go. Rozumiemy luksus jako "mieć plazmę", a nie jako cały proces obejmujący czas od początku zastanawiania się nad nowym telewizorem, przez proces wyboru, zakupu, tego jak zostanie pozyskany itd.

    Problemem Almy zresztą raczej nie była Warszawa, a to że sklepy Almy powstawały w miejscach gdzie społeczność nie była na tym poziomie rozwoju żeby w ogóle zrozumieć o co chodzi.
    Tam poszły pieniądze i tam pojawiły się straty, bo tam nikt nie pójdzie do Almy po towar, skoro można pójść gdzieś indziej i kupić 1zł taniej. I nawet nie chodzi o to ze ludzi nie stać, tylko o mentalność.

    Gdyby Alma została ze swoimi sklepami w Warszawie, czy wyselekcjonowanych miejscach w centrach dużych miast Polski zachodniej, to nadal cieszylibyśmy się tą marką i siecią.

  • johanna_haase


    @Deker

    Też mi się tak wydawało, ale nie, trzeba utoczyć od chłopa z gorzelni pod Sfakopigadi. To jest butelkowane rakomelo w w tym sensie, że oni to jeszcze ciepłe leją do butelek, które sobie musisz przywieźć.

    Jak się nie chce szukać takich miejsc (acz prezes Almy twierdzi, że takie degustacje to sens życia), to można kupić manufakturową produkcję, np. Despotikon Rakomelo. Nie jest aż tak dobre, ale daje radę, zwłaszcza w listopadzie w Polsce.

  • johanna_haase

    @qazq

    Mogę się zgodzić, bo przecież nie ma jednego powodu problemów Almy. Nietrafione inwestycje i niemożność wyjścia z nich na czas to też jest pułapka, w którą wiele firm się wpakowało.

    Ale z tą mentalnością jest różnie i nie jest to kwestia tylko "Polski powiatowej". Ja mam w ramach biznesu m.in. działalność polegającą na opiece IT nad wymagającymi klientami. Mamy ich kilkunastu czy kilkudziesięciu, ale rozwój idzie opornie.

    Wzywa nas np. bardzo znany aktor i celebryta, trzeba mu zrobić audyt rozwiązań, nasz pracownik jedzie gdzieś na wieś pod Konstancinem, pracowicie przez siedem godzin mierzy, liczy, tu trzeba drukarkę wifi czarnobiałą, bo dzieci drukują na kolorowej laserówce bez senu, tam jest Xbox podłączony do WiFi w taki sposób, że iMak w gabinecie nie ma sieci, i iMak ma system sprzed 8 lat i pierdyliard adwarów, a dwa laptopy dzieci z Win 8 mają porno i wirusy, a iPady nie mają założonych kont na iCloud i co chwilę trzeba z nimi coś robić itd. Określamy, co trzeba zrobić, robimy apdejt systemów na 4 kompach, usuwamy wirusy, zakładamy konta w MS i Apple. W sumie jeden człowiek pracuje nad tym dwa dni robocze plus dojazd (w sumie 14 godzin). Rachunek jest na 5 stów brutto i z facetem zarabiającym po 100 tys. miesięcznie trwa od marca dyskusja, czy nie dałoby się obniżyć ceny na dwie stówki, i czemu to wszystko takie drogie, bo jak on miał peceta marki Optimus z Win 98, to tyle roboty z tym nie było.

    No i tak.

  • more_human_than_humus

    @qazq
    "Gdyby Alma została ze swoimi sklepami w Warszawie"

    Przyczepiając się analnoretentywnie, trudno zostać komuś w Warszawie, jeśli rozpoczynał w Krakowie.

  • Gość: [sennmara] *.dynamic.chello.pl

    Jakaś Haasanko, wpierdalaj sobie dalej parówki halal (o których piszesz w tekście), jeśli nie możesz żyć bez tych religijnych guseł. Mam jednak nadzieję, że dożyję czasów, kiedy w naszej europejskiej cywilizacji będzie to zabronione.
    P.S. Chyba że miałaś na myśli parówki sojowe halal, to zwracam honor.

  • johanna_haase

    @senmara

    To, że kupuję duński serek Puck, który jest halal, nie ma żadnego związku z żadną religią, ale oczywiście nie oczekuję, że cokolwiek zrozumiesz. Uznaj to za żółtą kartkę.

  • Gość: [Jacek] *.itsa.net.pl

    Mieszkając na Miasteczku Wilanów od 2012 byłem w tamtejszej Almie 3 razy. Sądzę że to jeden z wiekszych sklepów Almy w Polsce. Po każdej wizycie powtarzałem sobie nigdy więcej przepraszając że nie miałem czasu podjechać do Piotra i Pawła w Konstancinie. Teraz Piotr i Paweł jest również na Miasteczku i po prostu pomimo że kilka kroków dalej nie chcę nawet myśleć o wizycie w Almie. Nie ma to ani uzasadnienia związanego z moimi potrzebami ani sensu wynikającego z "ciekawej" i wyjatkowej oferty której brak. W Almie na Wilanowie zawsze raziła mnie obsługa która nie wiedząc czemu nie była ani profesjonalna ani miła. No może z wyjątkiem działu rybnego gdzie zawsze dostałem na żądanie fachowy wykład na temat łososia i maślanej i tuńczyka. Próba wprowadzenia własnych marek i produktów całkowicie chybiona jesli obok na półce były "zamienniki" lepsze i (!) tańsze. Kiedyś (2004-2006) bywalem w Almie w Promenadzie i w Klifie i tam czułem że jestem w sklepie Premium. Ten wilanowski moloch niczym nie różnił się od Tesco czy Biedronki.

  • red.grzeg

    @od marca dyskusja, czy nie dałoby się obniżyć ceny na dwie stówki

    Jakiś czas temu (na tyle dawno że częstą usługą było "rozdzielanie" SDI) próbowałem podobnego biznesu i miałem bardzo podobne doświadczenia.* Dałem sobie spokój, ale zawsze się zastanawiałem, czy to aby nie specyfika krakowska. Miło wiedzieć, że zjawisko ma rozmiar uniwersalny.

    *Najbardziej rozbawił mnie osobnik, zamieszkujący piękną willę, który nie mógł zaakceptować że w sytuacji kiedy nie zapłacił poprzedniego rachunku, nie jestem zainteresowany realizowaniem dla niego kolejnej usługi. On tego rzeczywiście nie rozumiał i dopytywał: "czy pan naprawdę nie chce żebym był Pana klientem?"

  • johanna_haase

    @ Jacek

    Nie apropos, ale Twój wpis przypomniał mi coś. W Almie w Promenadzie była taka bardzo miła pani pracująca na kasie, która nie miała większości zębów z przodu. Była uprzejma, bardzo pomocna, i w ogóle, ale widok tej samotnej dolnej jedynki mnie dobijał. Za każdym razem myślałam, kurde, jak to możliwe, że pracodawca, będąc przecież zadowolonym z jej pracy, nie sfinansuje jej naprawy tego.

    @ red.grzeg

    Mam dużą ochotę na tekst o klientach na blogu...

  • Gość: [chińska_telewizja_centralna] *.adsl.inetia.pl

    Z Almą był ten problem, że od kiedy rynek zaczął szturmować Lidl - taki lepszy od Biedronki czy Netto dyskont - straciła ona rację bytu. Szczególnie w związku z ekspansją Piotra i Pawła, wraz z jego towarami z wyższej półki cenowej. W związku z tym nie bardzo widzę możliwość zagospodarowania przez nią jakichś nisz w rynku (sery? wina?). Tym, co się najbardziej liczy u konsumenta, również konsumenta z klasy średniej, jest i tak cena (burżujstwo pojedzie do Złotych Tarasów) - stąd ekspansja Biedronek i sieci Netto. Alma musiała upaść, szczególnie, od kiedy w dyskontach pojawiły się towary typowe dla delikatesów.

    Za to gorąco polecam Real/Auchan w KCM Poznań. Z jednej strony - tanio jak w Tesco, z drugiej - czysto i nie ma syfu. Pamiętam, jak dwa lata temu w Realu/Auchan (nie jestem pewien, jak to się teraz nazywa) kupowałem kawę mieloną "Auchan" w kilogramowych workach po cztery złote, przecenioną z dwunastu (ok, wagowo to była w 30% zbożówka, ale 4 zł/kg to wciąż niezły wynik). Jej jakość nie powalała (acz nie było tragedii), ale po zestawieniu jakość/cena - w cudowny sposób stawała się całkiem smaczna. Abstrahując od spożywki: papier toaletowy Jumbo - mega rolka za niecałą złotówkę, mydło w tej samej cenie (Biały Jeleń) i tania, ale bardzo dobra pasta do zębów z Indii (Rebi-Dental), zdaje się za 2 zł lub coś koło tego i szampon "Czarna Rzepa" Barwy za jakieś śmieszne pieniądze (2 zł z czymś za 250 ml). Mają tam też półkę z książkami z przeceny; większość to makulatura - jakieś poradniki i romansidła, ale ostatnio zdarzyło mi się upolować Domosławskiego za 7 zł. Jedyny minus A/R to (do niedawna) chamstwo niektórych ochroniarzy (kiepskie komentarze wobec kupujących tam Ukraińców), ale może akurat trafiłem na bad day.

    Z kolei ponad 10 lat temu w Biedronce kupowałem całkiem niezłe piwo Koeniger za około złotówkę, pamiętam jak dziś. To se ne vrati! Siła nabywcza komsumenta idzie w górę, więc dyskonty reagują (dziś w Netto można jeszcze dostać VIP-a cz Pokera - obleśne jak zawsze, ale za to w dobrej cenie).

  • Gość: [Matt] *.dynamic.chello.pl

    Wystarczy przejść się do Almy do Promenady aby zobaczyć, że pomimo problemów całej sieci, nikt z kierownictwa nie pilnuje 'kosztów'. Większość lodówek jest już pusta (pozasłaniana tak aby nie było widać pustych pułek), ale mimo to są włączone i cały czas chłodzą - są to pieniądze świadomie wyrzucane w błoto każdego dnia!
    Jeżeli firma nie zwraca uwagi na takie 'szczegóły' to jak ma zauważać zmieniający się rynek?

  • johanna_haase

    @Matt

    Sądzę, że oni już nie zamierzają płacić rachunków, więc co im tam jakieś rachunki za prąd. ;)

  • czerwonyzajac

    Alma jakos w wysokie rejony luksusus nie celuje: spojrzalem na ich stronie www.almamarket.pl/pl/delikatesy/mapa-smakow/oliwa-i-oliwki/oliwa na oferowane oliwy, i owszem sa jakies wloskie, ale Laudemio juz nie ma. Ale moze to tylko popluczyny dawnej swietnosci?

    Przyczepie sie tylko do nazywania Tsingtao "swietnym" piwem - jak typowe piwo azjatyckie jest cienkie i wodniste :D

  • johanna_haase

    @czerwonyzajac

    Zaglądanie na tę stronę i ocena Almy z tej perspektywy jest jak próba opisania drzewa zwalonego milion lat temu na podstawie analizy skamieniałych słojów. To wszystko jest już tylko jakimś snapshotem przeszłości.

    A co do Tsingtao, cóż, nie wiem, jakie są Twoje doświadczenia, ja w Chinach bywam i pijam, i z tego, co tam mają, najbardziej nadające się do picia jest Tsingtao (nalewanych nie widziałam i bałabym się, wypowiadam się tylko o butelkowanych, pomijając oczywiście tamtejsze inkarnacje Carlsberga czy Heinekena).

  • czerwonyzajac

    Tsingtao znam z wersji eksportowej sprzedawanej w UK. Wiki twierdzi ze produkuja inne wersje tylko na rynek lokalny. Ten browar (jak wiele innych w Chinach) zakladali Niemcy, wiec produkuja taki zmutowany lager z dodatkiem ryzu.

  • johanna_haase

    @czerwonyzajac

    Jezu, ale z czym porównujesz. Jasne, że na skali "piwa dostępne w UK" tsingtao jest żadnym wyborem, ale w skali "robię w Polsce kolację chińską i gdzieżby tu kupić jakieś chińskie piwo, żeby było do kompletu" masz poza tsingtao wybór zero koma zero.

  • johanna_haase

    @czerwonyzajac

    Oraz - wybierz się do Kantonu czy Szenzen i wejdź do pierwszego lepszego baru, i spróbuj se powybrzydzać. :)

  • johanna_haase

    @czerwonyzajac

    Oraz - będąc w miejscach takich jak Hualien, Guandong, Bangkok czy Pekin nagle i niespodziewanie zaczynasz czasem dziękować bogu za istnienie nie tylko Tsigntao, ale nawet, za przeproszeniem, Żywca byś wypił, a niedoceniany MacDonalds albo inny Burger King niespodziewanie zyskują w Twoich oczach. Gdyby nie Pizza Hut w Kantonie, chyba bym umarła z głodu.

  • czerwonyzajac

    Totez ja nie wybrzydzam, Tsingtao nie jest zle, wiele razy je pilem, ale nie nazywalbym go "swietnym". A do kolacji chinskiej piwo nie musi byc chinskie, nie? Pons i Fleischmann wiedzieli dobrze, ze fuzja to przyszlosc.

    "w miejscach takich jak Hualien, Guandong, Bangkok czy Pekin"

    Totez ja wole sie trzymac cywilizacji :)

  • johanna_haase

    @czerwonyzajac

    "Totez ja wole sie trzymac cywilizacji :)"

    Chiny ją mają od 6000 lat.

  • czerwonyzajac

    Jasne: www.chinatopix.com/articles/93014/20160622/controversial-yulin-dog-meat-festival-begins-amid-shock-criticisms.htm

  • Gość *.dynamic.chello.pl

    "Łodzie, które stoją na cumie krótszej niż różnica pływów, w czasie przypływu po prostu zatoną. Woda się podniesie, a lina będzie je trzymać, aż je wciągnie pod wodę."

    Doskonała analogia. To właściwie cały opis polskiej transformacji.

  • Gość: [Marcin] *.ksi-system.net

    Na 100 metrach to można kiosk zrobić, taki szczegół :)

  • johanna_haase

    @Marcin

    Bzdura. Przeciętna Żabka ma ok. 40-60 mkw w części sprzedażnej.

  • Gość: [Mirek] *.internetdsl.tpnet.pl

    Przy okazji Almy, dostało się prawicowym publicystom, nie zostały również oszczędzone sklepiki na zapyziałej, bo jakże inaczej, prowincji. Jestem porażony błyskotliwością Pani retoryki ;)

  • johanna_haase

    @Mirek

    Mirku, a te sklepiki na zapyziałej prowincji to gdzie znalazłeś? Kłania się czytanie ze zrozumieniem?

  • Gość: [Mirek] *.internetdsl.tpnet.pl

    @johanna

    Johasiu... :)

    "Nieśmiało pojawiały się dyskonty. Pamiętam, jak w połowie lat 90. dostałam, jako niestety dyżurująca dziennikarka, zaproszenie na otwarcie dyskontu Netto w jakimś zadupiu w zachodniej Polsce (tak, to było takie wydarzenie, że zapraszano prasę). Na pytanie kolegów z redakcji i jak tam jest odburknęłam burdel i sprzedaż cukru w workach po 10 kilo z palet.

    Wiesz staram się czytać ze zrozumieniem. Ale dziękuję za zwrócenie uwagi, bo jak wiadomo - errare... itd ;)

  • johanna_haase

    @Mirek

    A jednak prawaka poznamy nie tylko po prawackiej interpunkcji, ale i po zerowym zrozumieniu tekstu pisanego. Gdzie tu masz, Mirku, w cytowanym fragmencie coś o prowincji, i do tego zapyziałej. Właź pod stół i szczekaj.

Dodaj komentarz

© Haasanki
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci