Menu

Haasanki

Debunkujemy rzeczywistość codziennie od 8:00 do 23:00

Kultura, sztuk jeden

johanna_haase

8215 

Społeczeństwo ciemne, nieczytające, wbrew wszelkim wypowiedziom obłudnie zatroskanych polityków, jest dla nich wygodniejsze do rządzenia. Dlatego zamiast w opakowaniu kultury sprzedają nam propagandę. Ale nawet pisowcy mogliby zrobić coś dobrego, a może zwłaszcza oni.

 

Słynna wypowiedź demiurga rzeczywistości PiSowskiej, kreatora intelektualnych mód w głównym medium krajowym, jakim usiłuje być TVPiS, prezesa Telewizji Partyjnej Jacka Kurskiego, o tym, że "ciemny lud to kupi”, znakomicie konweniuje ze słynnym cytatem z SS-Gruppenführera Hannsa Johsta.

 

„W lutym 1933 roku doszło do czystki w Pruskiej Akademii Poezji. Usunięto dotychczasowego przewodniczącego, Henryka Manna. Stanowisko przejął Hanns Johst.

 

20 kwietnia tamtego roku Hitler obchodził czterdzieste czwarte urodziny. Wieczorem, w jednym z berlińskich teatrów odbyła się uroczysta prapremiera sztuki „Schlageter” w „bezgranicznym uwielbieniu i niezmiennej wierności” dedykowanej przez Johsta Führerowi. To właśnie wtedy pojawiła się kwestia: „Kiedy słyszę słowo „kultura”, odbezpieczam rewolwer”. (Piotr Jezierski, „Rewolwer Hitlera”, http://www.polskieradio.pl/39/246/Artykul/167006,Rewolwer-Hitlera).

 

Cytat z Johsta (1) jeszcze przed wojną zrobił tak wielką karierę i był tak szeroko powtarzany, że dziś bardzo często jest przypisywany Göbbelsowi czy Göringowi - którzy tylko cytowali swojego towarzysza partyjnego i barda antyweimarskiej opozycji Hannsa Johsta.

 

O co chodzi z tym rewolwerem?

 

Dramat „Schlageter” opisuje swobodnie dzieje Alberta Leo Schlagetera, w 1933 już dla nazistów bohatera narodowego. Młody podporucznik z czasów I wojny światowej, Schlageter, został w 1918 roku zdemobilizowany i został studentem. Studiował niespełna rok, po czym zaciągnął się do Freikorpsu i zaczął na nowo swoją walkę, tym razem przeciw zdrajcom i okupantom ojczyzny. 

 

Najpierw na Śląsku, w czasie powstań i plebiscytu, wraz ze swoim oddziałem mordował ludność polską i podejrzewanych o sprzyjanie Polakom Niemców, aż musiał ze Śląska zniknąć. Potem przeniósł się do okupowanej przez Francuzów Saary, i tam organizował akcje sabotażowe i zamachy. Został ujęty, skazany i rozstrzelany przez francuskie władze okupacyjne w roku bodaj 1923. Po dojściu do władzy nazistów został uznany za męczennika, bohatera narodowego, nazistowskiego Żołnierza Wyklętego. Wypisz wymaluj Łupaszka czy inny Ogień, nie?

 

Johst napisał „Schlagetera” tak, jak by dziś niezłomną wolę Łupaszki mógł opisać jakiś inny chwalca rządu kaczystowskiego, podkreślając iunctim między dawną siłą woli bohatera a demonstrowanym dziś przez Wodza zdecydowaniem w rządzeniu ciemnym ludem. W kluczowej scenie Schlageter rozmawia ze swoim towarzyszem broni, Friedrichem Thiemannem, przygotowując się do egzaminów. Thiemann mówi: „Pamiętam te (kulturalne - przyp. jh) bzdury z roku osiemnastego, braterstwo, równość, wolność, piękno i godność! Trzeba użyć właściwej przynęty, by złapać rybę na haczyk. A potem, w trakcie negocjacji z wrogiem, okazuje się, że to pułapka - ręce do góry! I jesteś rozbrojony… świnie głosujące na republikanów… Nieee, trzeba się trzymać z dala od tego całego ich ideologicznego bajzlu… Strzelam do nich ostrą amunicją! Kiedy słyszę słowo „kultura”, odbezpieczam browninga!” (tłum. jh).

 

Kultura u Johsta była więc miazmatem słabości, przynętą dla naiwnych, przyczyną upadku II Rzeszy, republikańskim bełkotem, na który trzeba odpowiedzieć ogniem. Widzimy kulturę, odpinamy kaburę. 

 

***

Tymczasem czołowy apologeta PiS pisze 80 lat później:

 

„A na tym tle szef rządu świadomy swej siły i pozycji, raczej nauczający i ogłaszający wolę swojej władzy niż zabiegający o sympatię odbiorców. Słowa "mój rząd zamierza", "mój rząd opowiada się", "mój rząd chce" wypowiada bardzo często. (..) Krótkie, ale twarde przemówienie. Wyraźny polityczny komunikat. I charakterystyczna reakcja sali, artystów i menedżerów kultury: postawa stojąca, gdy premier wchodzi, mocne oklaski, absolutna cisza i bezruch w czasie 10-minutowego wystąpienia. Dająca się wyczuć, tu i na innych spotkaniach, świadomość spotkania z politykiem, który jest w stanie narzucić innym swoją wolę. I nie ma w tym żadnej wielkiej sympatii, uczucia, zachwytu z widoku na żywo celebrities z telewizji. Nie ma też chyba, tu akurat, politycznej miłości.” To Michał Karnowski o Kaczyńskim („Jarosław Kaczyński chce być żelaznym kanclerzem IV RP”, http://www.niniwa22.cba.pl/zelazny_kanclerz_4_rp.htm).

 

Porównajmy to z cytatem z Johsta.

 

„Ten człowiek nie wie, co to maska, on nosi zawsze tę samą – swoją twarz (…). Rozmowa z Führerem ma swoją dramaturgię. Od stwierdzenia do stwierdzenia. Od decyzji do decyzji. (…) Swoją fantastyczną wręcz siłą z surowych szkiców, z horyzontalnej geometrii Führer stwarza plastyczną, pełną wyrazu, architekturę”. To Johst o Hitlerze (P. Jezierski, op.cit.)

 

Nawiasem mówiąc, Johst był na tyle konsekwentny w swym widzeniu kultury jako ucieczki słabych, że w 1943 roku, w obliczu klęsk III Rzeszy, wygłaszając mowę przy innej okazji, powiedział: 

 

„Im twardsza ta wojna się staje i im dłużej trwa, tym bardziej doświadczamy jasnej pewności prawdziwej wartości kultury. Intelektualne i duchowe siły dają nam pociechę, chwałę i łaskę. Życie zewnętrzne jest stale coraz uboższe i trudniejsze, obarczone poświęceniami naszego czasu, ale życie wewnętrzne zyskuje nowego, młodego i bogatego utwierdzenia. Nic nie może zagrozić temu wewnętrznemu bogactwu, a wręcz przeciwnie, im okrutniejsze są ataki zewnętrznego świata na naszego ducha i duszę, tym bardziej zbawczy okazuje się cud świata sztuki.” (tłum. jh).

 

Jak widać, stara prawda o punkcie siedzenia i widzenia sprawdzała się i w III Rzeszy.

 

***

Kultura wg dziś rządzących jest nośnikiem propagandy. W Trójce słyszę zapowiedź programu o kulturze i „białych plamach” - zatrudniony niedawno przez Polskie Radio smutny funkcjonariusz polityczny z Instytutu Pamięci Narodowej zapowiada rozmowę z Janem Pietrzakiem, nieszczęśliwym człowiekiem, kiedyś licencjonowanym kabareciarzem PRL. Jan Pietrzak zapowiada audycję swoją piosenką „Dziewczyna z Peerelu”, która ma być, jak można wywnioskować, jakimś niesamowitym protestsongiem, za który go zwalczała komunistyczna cenzura i bezpieka.

 

 

Wyłączam Trójkę i na wszelki wypadek nie włączam jej przez kolejne trzy dni, żeby się nie natknąć na smutnego funkcjonariusza kultury z IPN oraz bezkompromisowego barda opozycji Pietrzaka.

 

W całej tej zajawce smutny rozmawiając z Pietrzakiem nie pyta, jakiej to wiedzy o społeczeństwie pan Jan nabył w czasie swoich studiów socjologicznych w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Edukację ową pan Jan ukończył w roku 1968 i w tym samym roku rozpoczął karierę, cóż za zbieg okoliczności, w reżymowej TV i takimż radiu. W czasie, kiedy niektórzy ludzie kultury byli zamykani, inni pozbawiani pracy albo dostawali paszport w jedną stronę, pan Jan święcił triumfy na estradzie, w przekaziorach oraz na łamach wydawanych przecież pod komunistyczną cenzurą „Szpilek”. Zaiste, bolesny i krwawy to życiorys kombatancki, może z nim konkurować chyba tylko straceńcza odwaga znanego żołnierza podziemia, twórcy „Solidarności” i lidera opozycji antykomunistycznej w krajach Układu Warszawskiego, Jarosława Kaczyńskiego.

 

„Dziewczyna z Peerelu” Pietrzaka to, w ujęciu artystycznym, skoczne gówno, zagrane na podwórkowo-wiejską nutę, z głupkowatym tekstem i częstochowskimi rymami. Walor opozycyjno-kulturowy tej piosenki jest taki, jak „Najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny” Rosiewicza. Rosiewicz przynajmniej śpiewa o oddawaniu Krymu, można by dziś na siłę mu doszyć jakieś geopolityczne wizjonerstwo. 

 

 

Faktycznej opozycji w kulturze z czasów PRL się dziś nie pokazuje, bo co się kogoś tknie, to się okazuje, że dziś jest w KODzie, pisze do Wyborczej, albo na dźwięk jego nazwiska w Sejmie prezes PiS odbezpiecza kałacha, pardą, wychodzi z sali, jak przy Wajdzie.

 

Są, oczywiście, nazwiska, które oficerowie kulturalni nacjonalmendiów mają zapisane w kajeciku jako dyżurne i prawilne (nota bene kariera sowieckiej grypsery i języka kagebistów wśrod bandytów i prawaków wydaje mi się symptomatyczna). Niestety, czy stety, z czasem stają się prawilne mniej.

 

Takim nazwiskiem był na przykład przez lata Wiktor Woroszylski. Ludziom, którzy słowo „kultura” mogli kojarzyć najwyżej z kulturą upraw, przedstawiano go jako czołowy przykład kultury wysokiej - niestety, w konfesyjnej oprawie. Z monodramami, odczytami, recitalami nawiedzone przykościelne artystki jeździły po domach nomen omen kultury i salkach parafialnych, i deklamowały Woroszylskiego:

 

Matko Boska czarnolica

przybyła z dalekich stron

spraw by nikt tu nie był obcy

każdy żeby miał tu dom

 

Albo jeszcze straszniejsze, „Na pobyt w Polsce papieża Jana Pawła II”:

 

W tej obecności co jak ciepły płaszcz

dla siebie proszę o najprostsze z łask

 

Niech się otworzę jak na oścież dom

aby przeze mnie wiatr ogromny dął

 

Podmiot liryczny, przez którego dzięki wizycie Papy dmie wiatr w ramach łaski Pańskiej, no to jest trochę za wiele jak na moją wyobraźnię.

 

A przecież 30 czy 40 lat wcześniej potrafił napisać świetny formalnie wiersz.

 

Młodym -

aby rośli, dojrzewali.

Ojczyźnie - 

Socjalistycznego szczęścia.

No, a czego 

mam dziś życzyć

wam,

towarzysze

ze Służby Bezpieczeństwa?

 

(…)

 

Na horyzoncie - socjalizm!

Aby szybciej doń dotrzeć,

dołożymy:

jedni - węgla serdecznego, drudzy - wierszy.

A wam -

nerwy napinać nocami,

oczy wytężać dobrze

i dłonią nieubłaganą

dusić gada dywersji.

 

Oczywiście, wiersz świetny formalnie jest niesłuszny, albo wręcz obrzydliwy ideologicznie, albo, powiedzmy wprost, serwilistycznie włazidupczy. Dotarło to w końcu do apologetów Woroszylskiego i w pewnym momencie, jakieś piętnaście lat temu, stał się na mentalnej polskiej prawicy démodé. Na lewicy był démodé jakoś od końca lat 50., kiedy zwątpił w socjalizm (acz załapał się na listę lektur przecież, co jednak jest zwykle gwoździem do trumny popularności), a wszystko to szkoda, bo środkowy Woroszylski, nie ten kruchtowy dziad i nie ten socrealistyczny głupek, ale ten dojrzały, od „Wczesnego Chaplina” czy „Starego Marksa”, jest najlepszy. No, oczywiście, jak dla kogo. W Polsce, gdzie kulturą i edukacją rządzą „rzucony na odcinek kultury” Gliński z tą tam, żenującą kobitą, co to o Katyniu się uczyła „z przedwojennych gazet”, w tej Polsce wiersz Woroszylskiego „Państwa faszystowskie” mógłby być zakazany. Może zresztą jest.

 

(Teść prezydenta Dudy ma na koncie na przykład wiersz pod tytułem „Moja żona śpi, Ijliczu” (znowu - formalnie świetny). Pan Duda, który wygląda i wypowiada się, jakby w życiu żadnego wiersza nie przeczytał, oczywiście może go nie znać. Ba, myślę, że na weryfikacji partyjnej musiał wręcz przejść egzamin z nieznajomości wierszy ojca swojej żony, z domu Kornhauserówny. Weryfikatorów na pewno interesowało, dlaczego stary Kornhauser informuje Ijlicza o śnie teściowej Dudy, i w jaki sposób te meldunki składał. Może nawet założyli mu stosowną teczkę, i to nie w IPN, a w jakimś ABW, czy jak się tam teraz nazywają te kuźnie kadr, to zaplecze intelektualne Państwa PiS.)

 

Innym nazwiskiem z kajecika jest Herbert, ale też chyba niedługo. „U wrót doliny” to przecież wiersz wstrząsająco i prawdziwie antykatolicki, a „Powrót prokonsula” to już, powiedzmy sobie szczerze, zjadliwa diatryba antyrządowa, opisującą relacje między ziobrystami, gowiniarzami i kaczystami, z Prezesem na czele.

 

Powrót prokonsula

 

Postanowiłem wrócić na dwór cesarza 

jeszcze raz spróbuję czy można tam żyć 

mógłbym pozostać tutaj w odległej prowincji 

pod pełnymi słodyczy liśćmi sykomoru 

i łagodnymi rządami chorowitych nepotów 

 

gdy wrócę nie mam zamiaru zasługiwać się 

będę bił brawo odmierzoną porcją 

uśmiechał się na uncje marszczył brwi dyskretnie 

nie dadzą mi za to złotego łańcucha 

ten żelazny wystarczy 

 

postanowiłem wrócić jutro lub pojutrze 

nie mogę żyć wśród winnic wszystko tu nie moje 

drzewa są bez korzeni domy bez fundamentów deszcz szklany kwiaty pachną woskiem 

o puste niebo kołacze suchy obłok 

więc wrócę pojutrze w każdym razie wrócę 

 

trzeba będzie na nowo ułożyć się z twarzą 

z dolną wargą aby umiała powściągnąć pogardę 

z oczami aby były idealnie puste 

i z nieszczęsnymi podbródkiem zającem mej twarzy 

który drży gdy wchodzi dowódca gwardii 

 

jednego jestem pewien wina z nim pić nie będę 

kiedy zbliży swój kubek spuszczę oczy 

i będę udawał że z zębów wyciągam resztki jedzenia 

cesarz zresztą lubi odwagę cywilną 

do pewnych granic do pewnych rozsądnych granic 

to w gruncie rzeczy człowiek tak jak wszyscy 

i już bardzo zmęczony sztuczkami z trucizną 

nie może pić do syta nieustanne szachy 

ten lewy kielich dla Druzjusza w prawym umoczyć wargi 

potem pić tylko wodę nie spuszczać oka z Tacyta 

wyjść do ogrodu i wrócić gdy już wyniosą ciało 

 

Postanowiłem wrócić na dwór cesarza 

mam naprawdę nadzieję że jakoś to się ułoży

 

Tak, po tym kawałku, powiedzmy jasno, Herbert ma w PiS przejebane. Będzie, jak w tym starym kawale.

– Ależ, panie prezesie, autor tego wiersza nie żyje.

– Już? No brawo, i za to was cenimy w tych służbach specjalnych, panie ministrze.

 

***

 

Czytam książki, dużo książek. Czytam na wszelkie sposoby. Tradycyjne, papierowe, zawsze noszę przy sobie jakiegoś paperbacka, ale też na iPadzie jako iBooks, na telefonach jako .mobi czy .epub, mam też hałdy audiobooków do słuchania na rowerze, skuterze, w samochodzie, w zbiorkomie. Nie przekonałam się do e-book readerów, miałam dwa czy trzy, ale mając iPada z 32 GB pojemności nie widziałam potrzeby tachania ze sobą jeszcze jednego urządzenia, nawet mimo tego całego mambodżambo o przyjazności e-papieru dla oczu.

 

Książki są masowo dostępne i tanie. Na jakiejś wyprzedaży na Bemowie kupiłam dwie pełne niebieskie torby i ręczny wózek z IKEI pełne książek, w sumie ok. 200 tytułów, jakieś 60 kilo, za 60 złotych. Regularnie przywożę, co miesiąc, z wyprawy do Dedalusa, jakieś 20 tytułów, wydając na nie może koło stówki. Dla siebie, dla sraluchów, dla hazbęta. Historyczne, powieści, erotyki, przewodniki, poezję, poradniki, bez różnicy.

 

Co jakiś czas znajduję książki oddawane - sąsiedzi zostawiają coś na klatce schodowej, jak im się znudzi albo jak sprzątają, ja zresztą też tak robię. Ta sąsiedzka forma wymiany przynosi mi niewiele, ale pewnie z 5-6 książek rocznie. Na Allegro kupuję 20-30 książek rocznie, ostatnio np. 10 tomów Koontza (tak, wiem) za cztery dychy plus 15 zł wysyłka, czyli mniej więcej piątal za książkę.

 

Czytam rocznie koło 100-150 książek, a z audiobookami będzie pewnie koło 200. Nie jest to jakiś gigantyczny wynik, ale też parę rzędów wielkości lepszy od tzw. średniej krajowej. 

 

Moje dzieci czytają równie dużo. Bibliotekarka ostatnio powiedziała córce w szkole, że nie może tego samego dnia oddawać pożyczonej rano książki, bo trzeba książkę trzymać przynajmniej 24h. Córka zrozpaczona, bo musi przynosić do domu przeczytaną na przerwach i w świetlicy książkę tylko po to, żeby ją następnego dnia oddać. Wywalczyłam tyle, że jej teraz będą pożyczać trzy książki, żeby jej coś do czytania zostało na wieczór, ale i tak mnie to wkurwia.

 

I regularnie natykam się w przestrzeni publicznej na dwa typy argumentów, które mnie autentycznie śmieszą. 

 

Tu mały wtręt. Mam osobisty bucometr, który wykrywa poziom bucówy u mówiącego na podstawie - nic odkrywczego - wypowiadanych zwrotów. Pierwszy poziom bucówy wykrywany jest po użyciu przez rozmówcę słów "moja małżonka", a poziom nadbuca osiąga się przez użycie terminu "moja osoba" (np. "zarzuty wysuwane wobec mojej osoby”).

 

No więc na podobnej zasadzie działa u mnie nieukometr, który włącza się, jak słyszę lub czytam, że za chu... słaby poziom czytelnictwa odpowiada wysoka cena książek w Polsce. Dowodzi to tylko jednego, że wypowiadający te słowa człowiek to nieuk, który książek nie czyta. Nie wiem, ile to jest "za drogo", jeśli można nowe książki kupić w Polsce za 2, 3, 5 czy 7 złotych? Ile mają kosztować, zero czy wartości ujemne, żebyś jeden z drugim takich pierdół nie opowiadał?

 

Poziom nadtumana osiąga się, dywagując nad metafizyczną radością, jaką daje "szelest kartek". Im bardziej ktoś mi wygląda na analfabetę funkcjonalnego, tym bardziej unosi się nad tym, jakie to elektroniczne metody dystrybucji książek to fuj, kochana, oj, jednak to nie to, co fizyczne odwracanie kartek, bo ja MUSZĘ po prostu te kartki i ten zapach papieru, a ja świetnie wiem, że ta kobita ma w domu trzy książki - biografię DżejPiTu, książkę telefoniczną i książeczkę do nabożeństwa. Ja tej tępej dzidzie "zabrałam na iPadzie dwieście książek, żebyśmy mieli co czytać na wakacjach", a ona mi "oooo, ja bym tak nie mogła czytać, ja muszę czuć te przewracanie tych stroniczek", nożeszkurwa, przecież ty nie doczytujesz nawet gazetki z biedry.

 

Mój syn ostatnio odkrył, że czytanie Zemsty na iPadzie daje możliwość zrobienia solidnej analizy statystycznej archaizmów w treści (wiedzieliście, że "mocium panie" występuje 35 razy?) i cieszy go możliwość dodawania cyfrowych notatek do tekstu, wyszukiwanie w internecie niektórych terminów (ostatnio fugas chrustas). 

 

Oboje zasypiają słuchając tych wszystkich Mikołajków, Dzienników cwaniaczka, Panów Kuleczek i co tam jeszcze im przez lata na płytach i mp3 nakupiliśmy. Wiem, że nasza książkowa szajba została im skutecznie zaszczepiona.

 

No więc, w kontekście kultury, uważam, że państwo powinno zasponsorować powstanie kanału w Polskim Radiu, choćby emitowanego tylko w necie, w którym by na okrągło czytano książki. Żadnych newsów, muzyki, reklam (chyba że publicznych eventów książkowych i komercyjnych wydawnictw, które nb. mogłyby ten kanał sponsorować). Nawet jeśli pisowscy partyjniacy z Radiokomitetu dadzą tę robotę swoim wiernym akolitom - aktorom smoleńskim czy jakim tam jeszcze artystom konfesyjno-kruchtowym, ostatecznie w czytaniu Placówki niewiele jest ideolo. 

 

Dziesięć nowych tytułów czytanych na okrągło przez cały miesiąc, i w następnym miesiącu kolejne 10 tytułów, choćby to miały być jakieś starocie i rzeczy patriotyczne, już z domeny publicznej: Żeromski, Skarga, Kraszewski, Prus, Sienkiewicz, etc. Nie wiem, jakie by tu mogły być koszty, pół miliona rocznie? A dałoby to możliwość zapoznania się ze 100-120 tytułami książek rocznie, i byłoby faktycznym upowszechnianiem literatury, w dodatku nagrane książki można by ZA DARMO dystrybuować z witryny radia jako empetrójki.

 

***

 

Ale ktoś w PiS musiałby się nie bać kultury. Czy oświecony, czytający naród, z potrzebami kulturalnymi, wybrałby PiS ponownie? (Albo - czy stratowałby jak bydło Lidle? Ta sama promocja w najbardziej oczytanym narodzie w Europie, w Niemczech, nie wywołała takiej psychozy, ale oczywiście nie musi tu być zależności). I, oczywiście, nie jest to kwestia barw partyjnych, rządzący wcześniej liberałowie w różnych barwach też tak do tego podchodzili, naród miał akceptować podawane przez przekaziory narracje, czy dotyczyło to kredytów, czy bezrobocia, mieszkań czy systemu podatkowego, opieki zdrowotnej czy emerytur, pogodnych komedii dla debili czy republiki kolesi. Wystarczyło kaskadowo przekazać sugestie do zgodnie powielających ideolo mediów, a one już przekazywały ochoczo dalej, że trzeba brać CHF, że taniej nie będzie, że każdy jest kowalem, że zielona wyspa. Gdyby zapewnić ludziom lepszą wiedzę i umiejętność czytania, i korzystania ze źródeł, i krytycznej analizy, wszystko to by się wypierdoliło znacznie wcześniej.

 

Trzymanie ludzi w ciemnocie było, wydaje się, w interesie każdego rządu, jaki rządził tym krajem od lat sześćdziesiątych. Chleb i igrzyska, czy były to dożynki, „Turniej miast”, Studio 2, czy te debilne emisje w TVPiS, to wszystko załatwia sprawę, a jeszcze nazywa się to udziałem w kulturze - całkiem jak misyjnym odkrywaniem „białych plam” jest program smutnego w Trójce o „Dziewczynie z peerelu” Pietrzaka. 

 

To przykre, ale ostatnie rządy w Polsce, które dbały o umasowienie kultury, to czasy, paradoksalnie, Bieruta i wczesnego Gomułki. To wtedy w masowych nakładach i jak najniższym kosztem, na gazetowym papierze wydawano w Polsce Sartre’a, Becketta, Camusa, to wtedy było szpanem (trędi, kul, dżezi, tłum. jh) paradowanie po ulicy z Ulissesem pod pachą. Skończyło się, kiedy władze sobie uświadomiły, że ci cholerni inteligenci plugawią własne gniazdo i kąsają rękę, która ich wykarmiła. 

 

Dzisiaj, w XXI w., umasowienie kultury jest jeszcze prostsze, niemal każdy ma dostęp do komputera i telefonu z ekranem, dystrybucja dóbr kultury byłaby śmiesznie prosta. Pyk na telefonku, i masz smsa od ministra Glińskiego, który zaprasza do pobrania za darmo „Dżumy” z serwera minkultu. Pyk na pilocie, i włączasz TVP Lektury, a tam Chodakowska siedzi na krześle i czyta Herlinga. Albo Zelnik przebrany za Prezydenta Tysiąclecia deklamuje Herberta. Albo Beata Fido z właściwym sobie szarmem w przerwie między reklamami czyta erotyki Przerwy-Tetmajera.

 

Dziennik "Rzeczpospolita" opublikował listę wybranych w plebiscycie czytelników tytułów dobre piętnaście lat temu, i nazwał ją „Kanonem na koniec wieku”. Nazwa jak nazwa, lista jak lista, można dyskutować, czy ma liczyć 40 pozycji, jak ta Rzepy, czy 50, czy 100, ale powiedzmy, że „Kanon” stanowi jakąś podstawę, elementarną listę tytułów, które urodzony w Polsce w ciągu ostatnich 50 lat człowiek powinien znać. Podejście Rzepy w czasie publikacji „Kanonu” było oczywiście charakterystyczne dla postawy liberalnie antykulturowej, o jakiej pisałam wcześniej. Patronowała temu, co charakterystyczne,  TVP 2 i… radiowa Trójka.

 

Lista prezentowała się następująco (przeklejam z Wiki):

 

Michaił BułhakowMistrz i Małgorzata

Albert CamusDżuma

Julio CortázarGra w klasy

Umberto EcoImię róży

Witold GombrowiczFerdydurke

Günter GrassBlaszany bębenek

Jaroslav HašekPrzygody dobrego wojaka Szwejka

Joseph HellerParagraf 22

Ernest HemingwayKomu bije dzwon

10 Zbigniew Herbert89 wierszy

11 Gustaw Herling-GrudzińskiInny świat

12 James JoyceUlisses

13 Franz KafkaProces

14 Tomasz MannCzarodziejska góra

15 Gabriel Garcia MárquezSto lat samotności

16 Alan Alexander MilneKubuś Puchatek * Chatka Puchatka

17 George OrwellFolwark zwierzęcy

18 George OrwellRok 1984

19 Boris PasternakDoktor Żywago

20 Marcel ProustW poszukiwaniu straconego czasu

21 Antoine de Saint-ExupéryMały Książę

22 Bruno SchulzSklepy cynamonowe * Sanatorium pod Klepsydrą

23 Aleksandr SołżenicynArchipelag GUŁag

24 Michaił SzołochowCichy Don

25 John Ronald Reuel TolkienWładca Pierścieni

26 Samuel BeckettDramaty

27 Joseph ConradLord Jim

28 William FaulknerWściekłość i wrzask

29 Sigmund FreudWstęp do psychoanalizy

30 Hermann HesseWilk stepowy

31 Aldous HuxleyNowy wspaniały świat

32 Ken KeseyLot nad kukułczym gniazdem

33 Milan KunderaNieznośna lekkość bytu

34 Giuseppe Tomasi di LampedusaLampart

35 Mario Vargas LlosaRozmowa w „Katedrze”

36 Tomasz MannDoktor Faustus

37 Robert MusilCzłowiek bez właściwości

38 Erich Maria RemarqueNa Zachodzie bez zmian

39 Isaac Bashevis SingerSztukmistrz z Lublina

40 John SteinbeckGrona gniewu

 

Nie najgorzej. Jak to można było spierdolić? Bardzo prosto.

 

„Jeśli edycja odniesie sukces, to znaczy, jeśli komplet książek zamówi co najmniej 10 tysięcy osób, wydawcy zapewne zdecydują się na powiększenie rozmiarów "Kanonu" o kolejnych 25 książek autorów z dalszych miejsc listy - mówi Piotr Dobrołęcki, dyrektor biura koordynacyjnego "Kanonu na koniec wieku" o planach serii. - Jest to kosztowna edycja, bardzo starannie przygotowana pod względem edytorskim i poligraficznym. Poszczególne tomy będą szyte, będą miały twarde oprawy. To będzie seria elitarna, adresowana do bardziej zamożnych czytelników.” (Elitarna seria dla zamożnych, Rzeczpospolita, 6.08.1999).

 

„Kanon” - elitarną serią dla zamożnych! Przy patronacie państwowych mediów, za pieniądze podatników, także niezamożnych?! Serio? No to macie, co macie, zamożni.

 

W 2016, w ministerstwie kultury bezprzymiotnikowej - nie „lewackiej”, nie „katolickiej”, nie „narodowej”, tylko po prostu kultury - należałoby zarezerwować milion złotych i za to kupić prawa do pięcio- czy dziesięcioletniej dystrybucji cyfrowej Becketta, Szołochowa, Manna, Llosy, Hessego, Steinbecka, Hemingwaya, Orwella, Kafki i Herberta. Czterdziestu aktorów powinno usiąść przed mikrofonami Polskiego Radia i nagrać audiobooki z „Imieniem róży”, „Ferdydurke”, „Innym światem”, czy „Małym Księciem”, a nagrania powinny być do bezpłatnego pobrania ze stron radia, TV, do słuchania w podcastach i nadawane w kółko w pociągach Pendolino, samolotach LOT i na ekranach TV Poczty Polskiej, zamiast tego gówna Russia Today, które na poczcie widuję.

 

Pewnie co najmniej połowa takiego „Kanonu” to i tak książki dostępne już bezpłatnie w domenie publicznej. „Lord Jim”, „Wilk stepowy”, „W poszukiwaniu straconego czasu” - to tytuły, na które MinKult musiałoby wydać zero koma zero zyla. 

 

Oczywiście, nie obeszłoby się bez protestów, wiadomo, gra interesów, obraza, honor i godność. Nie po to Anton Zdisławowicz odzyskiwał resort abarony, żeby mu jakiś kulturnyj - zaraz atbiezpieczym tetetku - w „Kanonie” publikował „Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya.

No i tak.

 

Johanna Haase

 

(1) W zasadzie Johst powiedział „Wenn ich Kultur höre… entsichere ich meine Browning”, czyli że odbezpieczał browninga, a popularnym wtedy modelem browninga był Browning HP, czyli pistolet, a nie rewolwer, ale to, oczywiście, pięciorzędne detale.

Orzechowska >

< Bez wyjścia


Reklama i sponsorzy bloga

Komentarze (20)

Dodaj komentarz
  • Gość: [taki.jeden.tetrix] *.79.199.163.atman.pl

    Korekta obywatelska: Johst nie mógł mieć na myśli Browninga HP, bo pierwsze egzemplarze tegoż zeszły z taśmy dwa lata później... (en.wikipedia.org/wiki/Browning_Hi-Power) Obstawiałbym raczej tatusia tetetki, czyli en.wikipedia.org/wiki/FN_Model_1910

  • johanna_haase

    @taki jeden tetrix

    Oczywiście masz rację.

  • praptak

    Pozwolę sobie zostawić piosenkę Pietrzaka, bez której opis jego bezkompromisowej postawy w PRL wydaje się niekompletny: www.youtube.com/watch?v=fE97Dq5Tb5g

  • Gość: [RyuKen] *.dynamic.chello.pl

    Można też rozbić bank wariantem "moja współmałżonka".

  • Gość: [Cichywielbiciel] *.dynamic.gprs.plus.pl

    Pani Joanno,

    Po latach wielbienia Pani w skrytości, notkę powyższą przeczytawszy, nie mam innej możliwości, niźli przyznać się do mojego skrytego uczucia: Kocham Panią naśmierć.

    Powyższy Blitzkrig Przecinkowy proszę złożyć ma karb mojego upojenia. Które z resztą pozwoliło mi się w końcu ujawnić.

    Wszystkiego co najlepsze,
    Wielbiciel

  • maciek_r10

    @Cichywielbiciel

    Do kolejki! :-)

  • red.grzeg

    "brauning" to była w owym czasie generalna, potoczna nazwa pistoletu w ogóle (vide "kolt" jako nazwa rewolweru). Żeby było zabawniej, Browning HP nie był raczej tak nazywany, popularnie był "efenką".

    Jest taki ładny wiersz:
    "z bombą pod pachą, a w prawicy z brauningiem"
    literat.ug.edu.pl/szpot/broda.htm

    Ulisses to modny raczej był później, za Gierka, tłumaczenie polskie w 69 r.

    Prawdą jest że PRL dużo dobrego dla kultury literackiej zrobił.

    Z perspektywy paru dekad aktywnego czytelnictwa, widzę jednak pewne ograniczenia i pozbyłem się wyższości.

  • Gość: [charcesz] *.noc.fibertech.net.pl

    Motyla noga, jeden taki mnie wyprzedził w korekcie #rapiery, drugi w #wyznaniamiłościciotecznej, jak żyć?

    Może tylko dodam, że kontaminacja twórczości Johsta Goebbelsem i Göringiem pochodzi z cytatu w Reichstagu tego drugiego wyłącznie, pierwszy się musiał pojawić przez skojarzenie z kulturą Izby Kultury Rzeszy, na czele której stał Goebbels, a Johst był formalnie jego podwładnym jako szef Reichsschrifttumskammer. Takie tam sześciorzędne szczegóły.

  • Gość: [esox] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Wilhelm Klopper Die Kultur als Fehler [w:] Stanisław Lem "Doskonała próżnia".

  • Gość: [esox] *.internetdsl.tpnet.pl

    A jeszcze w kwestii Browninga. No przecież nie Szpotański (z całym szacunkiem doń) jest tu tu kanoniczny, tylko Tuwim. "Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni". Jeszcze moja ciocia-babcia (ciotka mojej mamy), tudzież babcia (matka taty), obie zmarłe w latach 90. ubiegłego wieku, czyli dopiero co, mówiąc o broni krótkiej, zawsze* używały słowa "brauning"; szczególnie to było ładne, kiedy dotyczyło moich zabawkowych gnatów (np. legendarnego pistoletu "Precyzja") i pamiętam, że brauningami były zarówno rewolwery, jak i pistolety (w tym korkowce).

    _____________________________________________________________________________
    * zawsze = czasy czterech ostatnich pierwszych sekretarzy i czterech (albo pięciu) pierwszych premierów III RP.

  • johanna_haase

    @esox

    No widzisz, a moja babcia mówiła, że miała "efenkę" i trochę mi czasu zajęło ustalenie, o co jej chodziło. :-)

  • stalowyszczur

    @maciek_r10
    ....ja już miłość wyznałem notkę wcześniej :-)

  • Gość: [Walden2] *.internetdsl.tpnet.pl

    #rapiery
    Rewolwer jako taki w ogóle nie ma bezpiecznika.
    Ad meritum: czytanie psuje "prostego człowieka". Redakcja jednego z polskich (polskojęzycznych) dzienników zatrudniała ongiś na umowach grupę tzw. zwyklaków, którzy oceniali materiały publikowane w nim. Odbywało się to tak, że ludzie (7 osób) przychodzili rano do redakcji, dostawali po kawie i po gazecie, po czym czytali. Czytali tak do południa, w południe dostawali obiad, po obiedzie czytali jeszcze do drugiej, o drugiej przychodził ktoś i odpytywał z treści, pytał: kto czego nie zrozumiał, który tekst do kitu itp. W socjologii bodajże nazywa się to metoda sędziów kompetentnych. Po dwóch tygodniach takich ćwiczeń męczący się nad gazetami ludzie nie wracali już do nich po obiedzie, bo mieli do obiadu przeczytane. Po miesiącu pogaduchy na prywatne tematy zaczynali już przed dwunastą, po sześciu tygodniach zaczynali analizować czytane teksty i wtedy trzeba ich było wyrzucać i przyjmować następnych. Już nie byli zwyklakami, bezcennym targetem tabloidu. Po sześciu tygodniach codziennej lektury traktującej o tym, że Pani (lat 39) zabiła Pana (38) albo że Matka (23) płacze tracili tę tak ukochaną przez rządzących/sprzedających/szczujących (niepotrzebne skreślić) świętą prostotę.
    A Pani chce im czytać na okrągło? Bułhakowa? Haszka? I jeszcze Paragraf 22? I do czego, Pani zdaniem, miałoby to niby doprowadzić? Strach pomyśleć!
    Ciepło pozdrawiam!

  • igorwaw

    Ad Herbert.
    Poza tym jednym wierszem o sikających wilkach, reszta może być niewygodna. Jak widzę twity Ziemkiewicza i Pawłowicz, bardzo dyplomatyczne wypowiedzi Waszczykowskiego, Szyszkę w kamizelce itp., to zawsze kojarzy mi się:

    To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
    nasza odmowa niezgoda i upór
    mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi
    lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku

    Ad Woroszylski
    Niech tam sobie wielbi Jana Pawła Lenina, co mnie to. Ja go zapamiętałem za "I ty zostaniesz Indianinem"

  • johanna_haase

    @igorwaw

    Ja niestety ostatnio widzę aktualność Woroszylskiego "Państw faszystowskich".

  • rozieblox

    "Nie wiem, ile to jest "za drogo", jeśli można nowe książki kupić w Polsce za 2, 3, 5 czy 7 złotych?"
    To nie są ceny, za które kupują nowe książki ludzie czytający mniej. OK, jeśli komuś jest w miarę obojętne co czyta, to być może tak się da, ale ludzie czytający powiedzmy o rząd wielkości mniej jednak będą staranniej wybierać tytuły. I wtedy takich cen już nie ma.

    Ile czytam tajemnicą nie jest. Ostatnimi czasy mniej sobie, więcej dzieciom, odnotowane na Biblionetce mam tylko swoje, ale i tak będzie to poniżej 30 sztuk rocznie. Parę lat temu miałem więcej czasu i okres, że kupowałem właśnie końcówki serii itp. w cenie poniżej 10 zł, często w okolicy 2-3 zł, ale generalnie szczęśliwy jestem, jeśli widzę książkę nową poniżej 20 zł. Właśnie odebrałem z paczkomatu zamówienie:
    George Orwell Na dnie w Paryżu i Londynie 21,12 zł (okładkowej brak)
    Marc Elsberg Blackout 28,79 zł (okładkowa 45 zł)
    Przedrzeźniacz 22,40 zł (okładkowa 35 zł)
    Black friday, więc po przecenie i z darmową dostawą. Sprawdzałem na Allegro - używane z dostawą wychodziły podobnie, o nowych nie wspominam.
    Typowe ceny w przypadku książki dla dzieci to IMO bardziej 20-30 zł, książki dla dorosłych 20-40 zł. Można się zastanawiać, czy to dużo, czy mało, ale pisanie, że książki w Polsce kosztują 2-7 zł to zwykła manipulacja.

  • johanna_haase

    @rozieblox

    Moje ostatnie zakupy, nówki sztuki:
    - "Sędziowie" Eliego Wiesela, 7 PLN
    - "Życie seksualne bliźniąt syjamskich", Irvine Welsh, 18 PLN
    - "Tajemnica pułkownika Kowadły", tadeusz Cegielski, 16 PLN
    - Żółte cytrynki", Kasja Ingemarsson, 8 PLN
    - "Okupowanej Warszawy dzień powszedni", Tomasz Szarota, cegła w hardkowerze, 22 PLN.

    No i co mam powiedzieć, można z palcem w uchu tanio kupić książki.

  • maciek_r10

    @johanna
    Już miałem zaprotestować, że "przecież książki są tanie i powszechnie dostępne i jeśli ktoś chce to może po nie sięgnąć", zmitygowałem się jednak bo byłem przecież świadkiem autentycznego przełomu życiowego pod wpływem czytania.
    Czytelnictwo u Ciebie też wydawało mi się w tej żarłoczności przesadą, ale kiedy popatrzę obiektywnie na moje, to już przestaję być do tego przekonany. U mnie to ono ma znamiona jakiejś zaborczej perwersji.
    Zanim poszedł na służbę do ludzi to byłem w posiadaniu jedynego (o ile mi wiadomo) manuskryptu "Niezwyciężonego" St. Lema. Albo te różne pozycje z lat 80-tych, wydawane na kiepskim papierze bez żadnej ochrony przed intensywną eksploatacją. Mój "Tytus Groan" wygląda dzisiaj jak ofiara jakichś nadużyć seksualnych, zniszczyłem jej grzbiet, rogi uległy erozji, a okładka nosi wielki siniak po intymnym kontakcie z przypadkowym towarzyszem podróży w postaci słoika z sokiem z borówek.
    Do podstawówki, w moim prowincjonalnym mieście na Podkarpaciu, chodziło sporo dzieci ze wsi i jeden z nich, Tadzik doznał autentycznego oczarowania "Panem Tadeuszem" do tego stopnia (może z powodu zbieżności imion?), że którąś z ksiąg wykuł na pamięć w całości kiedy polonistka zadała nam jakiś jej fragment do wyuczenia.
    Drugi przypadek to był Rysiek, już z liceum, siedzieliśmy w jednej ławce. Kiedy się poznaliśmy w pierwszej klasie zdumiały mnie jego zniszczone pracą dłonie, były grube, jakby obrzękłe z charakterystyczną siateczką spękań w miejscu gdzie wnętrze przechodzi w grzbiet dłoni. Rysiek miał zasadnicze problemy z nauką z każdego przedmiotu. Przeszedł jednak zdumiewającą przemianę pod wpływem "Potopu". Ponieważ jednak niestety polonistkę mieliśmy jędzę, w odróżnieniu od Twojej Orzechowskiej, to ona nie raczyła tego zauważyć i docenić. Ja nigdy nie przeczytałem "Potopu" (po Lemie to Sienkiewicz wydał mi się nudny) i jakoś mi się upiekło bo wtedy ciągle miałem w pamięci film Hoffmana.
    Przyznaję więc Ci rację, u dzieci powinno się czytelnictwo promować. W przypadku dorosłych już jest raczej za późno.

  • rozieblox

    @johanna_haase No widzisz, tylko jedna z pozycji łapie się w widełki z wpisu...

    A skoro o wysokości cen mowa - ceny książek z tego co widzę niespecjalnie się zmieniają w ostatnich latach. Czyli relatywnie tanieją (w stosunku do np. papierosów czy benzyny), ale może być tak, że okres z relatywnie drogimi książkami "zrobił swoje". Przy czym pewnie jeszcze wypadałoby zrobić rzutowanie na średni dochód na osobę w rodzinie, bo to w dużych miastach wygląda "nieco" inaczej.

    I jeszcze o cenie "książek" - z niewiadomych mi powodów w cywilizowanym świecie cena ebooka jest znacznie niższa, niż wydania fizycznego, a w Polsce różnic albo nie ma, albo są symboliczne.

    A jeszcze inna kwestia to fakt, że można mieć dostęp do książek (i nie tylko) za darmo, bo są biblioteki. Znowu: może być tak, że w dużych miastach jest lepszy wybór książek. Tylko badania "czytelnictwa", które znalazłem, często dotyczą książek kupowanych, co jest dla mnie zagadką.

  • Gość: [zwinka] 193.24.245.*

    Wiem, wiem, że tak późno się nie komentuje, ale tekst zacny i nie mogę się powstrzymać. Tłumaczenie nieczytania wysoką ceną książek też mnie od dawna wprawia w zdumienie. To jakby tłumaczyć niejedzenie warzyw wysokimi cenami takich na przykład karczochów.

    Sama mam dwa wyjaśnienia na niski poziom czytelnictwa.

    Pierwsze to niezdiagnozowane wady wzroku. Z zaczątkami nadwzroczności, do której jeszcze nie chcę się oficjalnie przyznać, mam coraz więcej problemów żeby przebrnąć przez książki, zwłaszcza te mniej ergonomicznie wydrukowane. Ludzie w tych czasach szybciej tracą wzrok w kontakcie z ekranem, więc może i im jest po prostu trudniej czytać (zwłaszcza gdy trenują "szelest kartek").

    Drugie natomiast to kontakt od dziecka z książkowymi potworkami, jakimi są lektury z omówieniem. Po zetknięciu się z czymś takim można nabrać przekonania, że książki to zło. Za dzieciństwa w późnej komunie takich cudów nie było, więc nie znałam ich aż do niedawna, kiedy to wrzuciłam z rozpędu do koszyka w e-księgarni Sklepy cynamonowe, nie zauważywszy, że to właśnie takie wydanie. Książka wylądowała w koszu (a raczej w niebieskim worku na papier), bo tego po prostu nie dało się przeczytać, choćby człowiek starał się wszelkimi siłami ignorować podkreślenia, wtręty o tym, co podmiot liryczny chciał przez to powiedzieć itp. itd.

    Jest jeszcze trzecie wyjaśnienie - być może mamy jakąś ogólnonarodową zmowę kłamania ankieterom "w temacie" książek.

    @rozieblox
    "OK, jeśli komuś jest w miarę obojętne co czyta, to być może tak się da, ale ludzie czytający powiedzmy o rząd wielkości mniej jednak będą staranniej wybierać tytuły."
    Chcesz przez to powiedzieć, że ludzie czytający mniej przeczytali już np. całą klasykę, która jest dostępna za darmo w bibliotekach?

Dodaj komentarz

© Haasanki
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci