Menu

Haasanki

Debunkujemy rzeczywistość codziennie od 8:00 do 23:00

Orzechowska

johanna_haase

8056

Wstaję rano i robię tym gamoniom drugie śniadania do szkoły, więc wkurza mnie, gdy któreś z nich, zwłaszcza Młody, ich nie zjada. Więc z lekkim rozbawieniem słucham po południu rozmowy męża z synem przyciszonymi głosami. – Zjadłeś drugie śniadanie? – Niecałe. – To zasuwaj, zanim matka się kapnie i zrobi ci z dupy jesień średniowiecza.

 

Syn się śmieje, mąż mu nie tłumaczy, o co chodzi z tą jesienią, a mi się od razu przypomina Orzechowska.

 

***

 

Orzechowska chyba zawsze była stara. Była stara, była gruba, była tłusta w sensie dosłownym - wysmarowana jakimiś błyszczącymi kremami po nalanej twarzy. Nad oczami wiecznie ten sam fioletowy makijaż, jakby był 1973, a nie 1983, grube, mocno zaznaczone brwi, wściekle czerwone, krzywo umalowane usta. Wydobywała z siebie drewniany, dudniący głos o timbre beczki toczonej po kocich łbach, w zasadzie nie mówiła, tylko huczała. Ponieważ była potwornie gruba, a jej głowa wyrastała wprost z ramion, nie potrafiła się obejrzeć, odwracała się do rozmówcy całym ciałem. Ciałem obleczonym w hektar szarej bistorowej sukienki, opiętej ciasno, połyskującej dumnie osiągnięciami Wielkiej Chemii PRL, z ciemniejszymi plamami potu pod pachami. Dziewczyny mówiły, że ma sześć identycznych sukienek, ale parę razy znalazłam się za blisko Orzechowskiej i ten zjełczale maślany zapach uświadomił mi, że nie, że raczej to jest cały czas ta sama.

 

Nigdy jej nie widziałam nigdzie poza szkołą. Innych nauczycieli co jakiś czas spotykałam tu czy tam, wiedziałam, że chemik z geograficą mieszkają koło Kosmosu, bo mu nawet kiedyś okna malowałam na zaliczenie z chemii, a Duży Jasio na Armii Krajowej,  i że jego sąsiadem są stary Łabędziowski od fizy, z młodym Łabędziowskim od fizy i Cyrańską-Łabędziowską od niemca. Żylicza biologa z żoną matematycą spotykałam na zbiorze śliwek, mieszkali przy pawilonie meblowym, dyro mieszkał przy Konstruktorów, Maliborska na Starym Osiedlu, na parterze, obok historyka Pawłowskiego, o którym dziewczyny mówiły, a SB pisało, że jest pedałem, anglica Czarnecka na „Tysiąclecia PRL”, jak mówiliśmy na to partyjniackie osiedle, a Orzechowska, no zabijcie mnie, nie wiedziałam, nigdy nie widziałam jej wychodzącej ze szkoły ani wchodzącej do szkoły, jakby mieszkała w budzie, albo jakby była na wyposażeniu naszego ogólniaka, pojawiała się nagle przed salą, wpuszczała nas, terroryzowała przez czterdzieści pięć minut i znikała w czeluściach mrocznego, dziewiętnastowiecznego gmaszyska, jako środek trwały.

***

To właściwie jest dobre określenie, terroryzowała. Nie krzyczała, nie robiła niczego gwałtownego, siadała, wsuwała się trzema łomoczącymi podskokami pod katedrę na swoim krześle z podłokietnikami, zapadała cisza. Katedra, tak wszyscy mówili na to spektakularnie olbrzymie biurko, z ostrołukowymi listewkami zdobień, wielkimi bocznymi szafkami i środkowym tunelem idealnie dopasowanym do szerokości ponadnormatywnie szerokiego drewnianego fotela z podłokietnikami Orzechowskiej. Orzechowska otwierała dziennik, odginała to skrzydełko z nazwiskami z lewej strony, zaczynała jeździć serdelkowatym, upierścienionym paluchem z góry na dół, mrucząc swoim dudniącym głosem:

– No to dzisiaaaaj zapytaaamyyy… zapytaaaaaamyyy… zapytaaaaamy…

Mogło to trwać minutę albo dwie, kuliliśmy się ze strachu, w końcu wzywała jakąś zestrachaną dziewczynę albo znacznie rzadziej chłopaka (statystyka, chłopaków było w klasie trzech, dziewczyn dwadzieścia pięć), i dawało się wyczuć taki powiew idący przez klasę od dwudziestu siedmiu westchnień ulgi. Zwykle męczyła pytaną osobę długo, i już na nikogo innego nie było czasu, chyba, że delikwent odpadł od razu, wtedy patrzyliśmy na niego czy na nią z nienawiścią, i „zapytaaamy” zaczynało się od nowa.

Orzechowska pytała swoim łomoczącym głosem o coś z poprzedniej lekcji, ale całkowicie odczapistycznie, na przykład - na co umarła Orszulka, kiedyśmy pięć godzin analizowali wielkieś mi uczyniła pustki, albo jak mogły wyglądać te schody, kiedy poeta pisał, że będziemy znowu mieszkać w swoim własnym domu, i delikwentka czy czasem delikwent stawał z rozwartymi ustami, i zaczynał coś bąkać. Czasem udawało się z tych pytań wybrnąć, częściej nie, i wtedy Orzechowska snuła swoją mowę końcową.

– Co, w pogardzie miałaś lekcję i nauczycielkę? Nic do twojego mózgu nie dociera? Poezja odbija się od tego łba jak od orzecha? Halo, nic tam nie rezonuje? Myśl żadna przed oczami się nie pojawia, jak czytasz piękny wiersz, tylko literki skaczą przed oczami? Myślisz sobie, że jak jesteś ładna, to możesz być głupia? Brzydzę się takimi tępaczkami. Siadaj, trzy minus.

Mnie to spotykało rzadko, ja tam jakąś narrację wstawiałam, cztery, cztery plus, piątki u Orzechowskiej nikt nie miał, na trójach jechało pół klasy, Brysia, Pleśniarka i Górska potrafiły za to kilka razy zemdleć przy odpowiedzi, tak się bały.

Chłopaki wynosili je zemdlone do higienistki, duży Arti, który później został bandytą i zabijał staruszki, za ramiona, mały Jorguś, który potem został księdzem, za nogi. Artiemu noszenie naszch lasek do higienistki za ramiona, jako bandycie, chyba się przydało w przyszłości w robocie, potem przecież tak usuwał ciała staruszek; Jorgusiowi, który jako pallotyn i misjonarz siedzi już dwadzieścia lat w jakimś egzotycznym kraju, wchodzenie między nogi dziewczyny i łapanie jej za kostki chyba nie jest aż tak bardzo potrzebne zawodowo, ale kto go tam wie, tyle się różnych rzeczy teraz słyszy. W każdym razie higienistka kiwała głową i mówiła, aaaa, od Orzechowskiej niesiecie, dawajcie ją tutaj.

***

Kiedyś Orzechowska przyniosła nam jakieś skrypty powielone na denaturatowym powielaczu, ledwie widoczne, może ze trzy, cztery kartki, streszczenie zapisane gęstym maszynopisem, z minimalną interlinią, na tych czterech kartkach było pewnie ze 12 stron znormalizowanego maszynopisu. Musiała chyba sama je napisać, a też i sama powielać, a wolę nie wiedzieć, gdzie, choć przecież nie było to nielegalne, tylko musiała wiedzieć, że w naszej prowincjonalnej mieścinie nie znajdzie się tylu egzemplarzy „Jesieni Średniowiecza”, żeby każde z nas mogło wypożyczyć własny, a przecież nie było takiej potrzeby, bo to nie była lektura.

„Jesień Średniowiecza” napisał Johan Ruizinga. Myśleliście, że Huizinga? Otóż nie. Orzechowska najwyraźniej nie życzyła sobie używać takiego nazwiska, żeby nie mieć głupkowatych chichotów za plecami. Stanęła przed tablicą i napisała wielkimi drukowanymi kulfonami: JOHAN RUIZINGA.

– Zapiszcie sobie - zadudniła. – I macie na skryptach napisane.

Rzeczywiście, w pierwszej linijce skryptu było napisane na poły widocznie: Johan Ruizinga. Żaden tam Hui, tylko Rui. Wyrzuciłam ten skrypt dopiero kilka lat temu. Że Huizinga nazywał się Ruizinga, byłam przekonana chyba do czwartej klasy, kiedy w końcu w antykwariacie na Szpitalnej znalazłam wydanie z bodaj 1963, i najpierw mnie zamurowało, że PIW wydrukował nazwisko autora z błędem, aż pełna politowania odpowiedź księgarza mnie oświeciła. Orzechowska mnie już wtedy nie uczyła, była chora, bywała w szkole coraz rzadziej, i nie miałam już okazji rzucić jej w twarz tym Hui’em. Bardzo tego żałowałam, ale moje odkrycie już wtedy, szczerze mówiąc, nikogo nie obeszło.

***

Miałam wobec Orzechowskiej nie do końca czyste sumienie. Była, jako człowiek, dosyć obrzydliwą babą, powszechnie nielubianą chyba ze względu na swoją odstręczającą powierzchowność, ale i wtedy, i dziś uważałam, że jest dobrą nauczycielką. Nie dobrą w znaczeniu wybitną, ale dobrą w rozumieniu - skutecznie uczącą. Wkurwiały mnie jej dziwactwa, zawsze dyżurna musiała zapisać na tablicy datę w kwadracie po prawej, a dwuzdaniowy temat na środku tablicy. Orzechowska w dodatku mówiła „pod dołem”, co mnie doprowadzało do skrętu z zażenowania. 

– Dyżurna, zapisz tytuł - komenderowała. – Pierwsze zdanie: „Okres romantyczny”. Tak, romantyczny. Pod dołem - „Poezja i powstanie”. Tak, powstanie.

Miałam gęsią skórkę od tego „pod dołem”.

Nieczyste sumienie brało się stąd, że zawaliłam przed Orzechowską Mowę Ulissesa z „Odprawy posłów greckich”, i to w stylu, za który koleżanki z klasy do dziś, po kilku wódkach, mówią, Aśka, ale za mowę Ulissesa, to ja cię, kurwa, nienawidziłam przez dwadzieścia lat, a i teraz mi czasem nawraca.

***

Wpadłam do budy, radosna i rozszczebiotana, nie wiem, czemu, ale myślę wciąż, że była wczesna wiosna, wbiegłam pod salę od polaka i zamarłam. Całe towarzystwo bujało się pod ścianami jak Żydzi pod Ścianą Płaczu, mamrocząc coś pod nosem. Hej, ludzie, co tam, jak nastroje, co tam dukacie?

Spojrzeli na mnie nieprzytomnym wzrokiem, pobladli, rozdygotani.

– Mowy Ulissesa się nauczyłaś na pamięć?

O, kurwa, no oczywiście, że nie.

Złapałam za książkę, przekartkowałam, jest. Z pamięci, dzisiaj, po ponad trzydziestu latach, tak to szło:

 

„O nierządne królestwo, i zginienia bliskie,

Gdzie ani prawa ważą, 

Ni sprawiedliwość ma miejsca,

Jeno wszytko złotem kupić trzeba.”

 

I tu zadzwonił dzwonek na lekcję.

***

Usiedliśmy, ustało szuranie krzeseł, Orzechowska trzema podskokami wsunęła się pod katedrę, otwarła skrzydełko dziennika, w śmiertelnej ciszy słychać było skrobanie jej palca po liście nazwisk, zapytaamy… zapytaaaamyyy… sekundy oczekiwania się niemiłosiernie wyciągały, zapytaaaamyyy….

– Haase.

Jęk skowyczących z rozczarowania serc w sali był wręcz namacalny, jak ciepły, pierzasty wąż przewinął się przez salę i wyfrunął oknem, majtając nas ogonem po twarzach. Wszyscy od jakichś czterech minut wiedzieli, że gówno umiem, i że ta spektakularna klęska potrwa góra 20 sekund, plus może dwie minuty publicznego gnojenia mnie przez Orzechowską, a potem zacznie się nowa rzeź.

Wstałam lekkim krokiem, tanecznie podbiegłam do Orzechowskiej, spojrzałam w przestrzeń, w kierunku ołówkowych portretów Tuwima i Żeromskiego, wyciągnęłam przed siebie w półzgięciu obie dłonie, jakbym pierwszemu sekretarzowi PZPR na dożynkach miała podać chleb z solą do pocałowania, wciągnęłam powietrze, i z niesamowitą emfazą jebnęłam gromko w przestrzeń, akcentując mocniej niektóre sylaby i zanikając wygłosy:

Ooooooo, nieRZĄdne króLEStwo, 

i zgiNIEnia BLIskie!

Gdzie ANI PRAwa ważą,

ni SPRAwiedliwość ma miejsca…

 

z rozczarowaniem pokiwałam głową

JENO WSZYTko ZŁOtem kupić trzeba,

dokończyłam z goryczą.

 

Dalej nie umiałam, nie przeczytałam, zero, nul, zamarłam z półotwartymi ustami, błądząc wzrokiem po portretach, Tuwim, Żeromski, Broniewski, Rej z Nagłowic i ten rozchełstany Słowacki, cisza nabrzmiewała, klasa patrzyła na mnie jak zahipnotyzowana, Orzechowska powoli próbowała podnieść głowę przyrośniętą do szyi, żeby spojrzeć na mnie, w lewo,w górę i w tył, cichutko się podskokami próbowała odsunąć, wreszcie zadarła głowę, i spojrzała na mnie wyczekująco. W wielkich maślanych oczach miała łzy, rozmazujące jej zielony czy fioletowy makijaż. Po chwili milczenia wyszeptała dudniącym szeptem:

– Pięknie! Boże, jak pięknie! Co za interpretacja! Spokojnie, nie denerwuj się, spróbuj jeszcze raz.

Błądziłam wzrokiem, Słowacki, Rej, ponury Norwid, Staff, drzeworytowy Kochanowski, ściągnęłam brwi, jakbym sobie usiłowała przypomnieć, pokręciłam głową, rozłożyłam ręce.

– Pustka, pani profesor. Pustka.

Pokiwała z żalem głową.

– Ale piękna interpretacja, widać, że się przyłożyłaś. Siadaj, Haase, czwórka, i popracuj nad walką z tremą, to będzie z ciebie wielka aktorka.

Musiała kolejną falę zbiorowego jęku wziąć za uznanie, bo spojrzała na klasę surowo, pokiwała głową.

– Widzicie? Warto się starać. A teraz mamy jeszcze trochę czasu, więc zapytaaaamyyy….

Ewka Brysiak, którą wezwała, stanęła obok niej trupio blada i spojrzała na mnie, ja już byłam w ławce, strasznymi, podkrążonymi oczami. Ewka wszystkiego uczyła się na pamięć, a następnie recytowała montonnym głosem z prędkością karabinu maszynowego, i było jej wszystko jedno, czy mówiła o kwasie siarkawym, mitochondriach, czy wątkach erotycznych u Leśmiana. Przerwy robiła tylko na zaczerpnięcie powietrza, z takim głębokim ślinotokowym echhhhhh.

– Onierządnekrólestwoizginieniabliskie echhhh gdzieaniprawaważąanisprawiedliwość echhhh mamiejscajenowszytkozłotemkupićtrzeba echhhh…

 

Przeleciała tak całą mowę Ulissesa, już po kilku sekundach od początku recytacji Orzechowska trzymała twarz w upierścienionych dłoniach, wytrzymała tak do końca, cisza, Orzechowska z dysgustem pokręciła głową.

 

– Nic nie zrozumiałam z tego jęczenia i stękania. A mogłaś się przygotować tak pięknie jak Haase. Naprawdę, naprawdę, z litości słabe trzy.

 

Stałam się klasowym wrogiem publicznym numer jeden, przynajmniej na najbliższe kilka dni i ocaliła mnie dopiero szydera z dziadka od PO.

***

Orzechowska chyba nigdy się nie dowiedziała, że nie umiałam nic poza „złotem kupić trzeba”, ale mnie to dręczyło. No i przy każdym klasowym piciu wódki, i później, co chwilę ktoś mi to przypominał.

Kiedy więc kilka lat później na zajęciach z emisji głosu i kultury żywego słowa magister Bator nakazał nauczyć się na pamięć dwóch utworów, jednego do deklamacji z interpretacją radiową, drugiego z teatralną, wybrałam „Słowo o Stalinie” i Mowę Ulissesa.

„Słowo o Stalinie” było pomysłem oczywiście przekornym, jeśli się pamięta, co się działo w Krakowie w tym czasie, już wówczas zatrzymywała mnie milicja obywatelska regularnie.

Za podważanie nierozerwalnego sojuszu i przyjaźni ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich - w dwóch pomalowanych na zielono pudłach, większym, po telewizorze Eljektronika i mniejszym, po junkersie marki Predom, z kartonową rurą z przodu, udawałam radziecki czołg na krakowskim Rynku w rocznicę powstania Armii Czerwonej i odgrywałam pancerną szarżę na Łuku Kurskim na kolegów przebranych za pantery i tygrysy. W pudłach po telewizorze Rubin można było nie tylko udawać czołg, można było zamieszkać, nie to, co w tych dzisiejszych po cieniasach LCD. Za zamach na siły porządku publicznego: wzięłyśmy się za ręce i tańczyłyśmy w kółko wokół budki z milicjantem u wylotu ul. św. Jana, śpiewając przestraszonemu funkcjonariuszowi „stary niedźwiedź mocno śpi”. Za torpedowanie procesu porozumienia narodowego: klęczałam pod Kościołem Mariackim w worku po ziemniakach, z tabliczką na szyi: „Dałam się zmanipulować zagranicznym ośrodkom dywersji propagandowej”.

 

Więc myśl o „Słowie o Stalinie” w moim wykonaniu wydała mi się niezwykle zabawna. 

 

"Rewolucja - parowóz dziejów"...

Chwała jej maszynistom!

Cóż, że wrogie wiatry powieją?

Chwała płonącym iskrom!

 

Chwała tym, co wśród ognia i mrozu

jak złom granitowy trwali,

jak wcielona wola i rozum,

jak Stalin.

 

Przeleciały watahy lotne

białogwardyjskiej konnicy...

Trwał, jak skała samotny,

Carycyn.

 

Nauczyłam się całego, a to naprawdę jest kawał wiersza, a Bator mnie oblał. Stałam, deklamowałam w koszuli z poluzowanym czerwonym krawatem i rozpiętymi guziczkami, omal mi cycki nie wyskoczyły, to miała być interpretacja teatralna, grupa zarykiwała się ze śmiechu, a Bator siedział odwrócony do okna, z tą swoją bródką, nie drgnął, po czym odwrócił się, gdy skończyłam, i powiedział, no to było bardzo zabawne, pani Haase, ale spotkamy się jeszcze raz za tydzień.

***

Magister Bator, aktor i wykładowca, jak twierdzą Wikipedia i eTeatr, zmarł cztery lata temu, w sierpniu 2012 roku, w wieku ledwie 68 lat. Dają to jego zdjęcie z tą bródką, która mnie tak irytowała, a której, po jego kompletnym zlekceważeniu mojego „Stalina”, znienawidziłam, przydając jej ukrytych konotacji. Tydzień później, choć powściągnęłam środki ekspresji i w ogóle przyszłam w czarnym obcisłym golfie (cycki tym razem były wyeksponowane jeszcze intensywniej), oblał mnie znowu. To był piątek, wróciłam po zajęciach do pokoju w Żaczku wkurwiona i rozżalona, wieczorem, po Liście, w Trójce dawali jakiś stary teatr Polskiego Radia, jakąś ramotę z lat 50 czy 60, a ja zżerałam resztki obrzydliwej parówkowej na kartki z jajecznicą.

I nagle usłyszałam w radiu Batora, jak radosnym głosem deklamował jakieś socrealistyczne pierdoły. Odczekałam do końca audycji, i tak, to był on, po „wystąpili” wymienili Zbigniewa Batora.

To nie był program na żywo, on tam nie deklarował miłości do Sowietów, nie występował jako on, tylko jako aktor, bohater sztuki, mówił przecież cudzym tekstem, bo aktor jest od grania jak dupa od srania, cytując klasyka. A jednak, zrozumiałam, on w tym roku 1985 czy 1986 mógł odbierać moje „Słowo o Stalinie” jako ukrytą szyderę z jego przeszłości.

W poniedziałek złapałam go i poprosiłam o konsultację, czy może nie powinnam zmienić repertuaru, bo jednak słabo się w tym Stalinie czuję. Rozpromienił się, przez moment wyglądał, jakby mnie chciał objąć, tak! Kochana! Tak! Zmień to, to ci słabo idzie! A co pan magister proponuje? „Ptasie radio”! Weź „Ptasie radio”!

Wzięłam „Ptasie radio”. Dostałam pięć z wykrzyknikiem. Przy Mowie Ulissesa spytał, nieufnie, czemu to wybrałam. Powiedziałam, że z poczucia winy, pokiwał głową, cztery minus.

Przy najbliższej okazji wzięłam indeks i pojechałam do starej budy, żeby spotkać się z Orzechowską, przyznać i pokazać, że teraz, po latach, naprawdę zaliczyłam na czwórkę mowę Ulissesa. Błąkałam się po pustych korytarzach liceum, kończyły się ostatnie lekcje, w końcu w podziemiu, przy magazynku broni, za szatniami, spotkałam wstawionego nauczyciela od przysposobienia obronnego, pijącego w kantorku z fizykiem.

– Ooooo, Haasówna, co ty tu robisz tak dorodnie wyrośnięta? – spytał peolog, taksując mnie wzrokiem, i czknął. 

– Dzień dobry, panie psorze, szukam pani Orzechowskiej…

– To na cmentarz jedź, mała, na cmentarz - odpowiedział i obaj zarechotali.

 

Teraz, kiedy mogłabym powiedzieć magistrowi Batorowi, panie magistrze, zajęcia z emisji głosu cholernie mi się przydały, jestem zajebista w prowadzeniu korpoprezentcji, znowu mogę tylko na cmentarz z tym jechać.

***

Huizinga zmarł na początku roku 1945 nieopodal Arnhem i Driel. Tak, tego Arnhem, odległego o jeden most za daleko, i tego Driel, wyzwolonego w czasie operacji Market Garden przez Polaków. Kiedy umierał, Arnhem było zrujnowane w wyniku tygodniowych walk, a Driel było całe. Niemcy, wycofując się z Driel, kazali mieszkańcom wejść do domów, po czym pozamykali ich na klucze, które zostawili w zamkach, a Polacy weszli do Driel i te klucze przekręcili w drugą stronę, i tak wyzwolili mieszkańców Driel. Nie wiem, czy to jest prawdziwa historia, tak mi ją opowiedział dziadek Lichocki, chyba jesienią 1987, kiedy przyjechałam na odsłonięcie tablicy pamięci Cichociemnych i żołnierzy 1SBS w warszawskim kościele św. Jacka. Dziadek Lichocki, z Jarosławia, w 1939 jeszcze jako kapral Lichocki ewakuował się przez Rumunię i w 1940 po klęsce Francji wylądował w Szkocji, gdzie mieszkał z przemiłą szkocką rodziną i ich 12-letnią córką Lizzy. W 1987 Elizabeth, dystyngowana pani neurolog z Edynburga, wraz z wychudzonym, acz rubasznym i żwawym dziadkiem Lichockim przyjechali do Polski i postanowili zaliczyć wszystkie polskie atrakcje, w tym demonstracje antyrządowe w Krakowie, spływ Dunajcem, nielegalne układanie krzyża z kwiatów przy kościele św. Anny w Warszawie, wieżę spadochronową w Katowicach, itede. Jeździłam z nimi jako przewodniczka, organizatorka i tłumaczka, dziadek Lichocki prowadził swojego nissana jak szatan, a kierownicę miał po prawej i nie miał lewego oka, więc you can imagine, jak było.

W Krakowie stanęliśmy pod Pomnikiem Grunwaldzkim, Ulrich leżał z tą zwisającą ręką, Elizabeth patrzyła nie rozumiejąc na „Grunwald 1410”. 

– Gran-łold Fortin-ten? - sylabizowała. – Jakaś wasza wielka bitwa?

– Ty ją możesz znać jako Tannenberg Battle - powiedziałam, byłam obkuta, nawet w czasach przedwikipedyjnych.

– Ach, Tannenberg! - wykrzyknęła, znów popatrzyła na zabitego Ulricha von Jungingen, potem na mnie, na twarzy wykwitł jej lekki wyraz zdziwienia. – Wielka klęska chrześcijańskiego rycerstwa w starciu z hordami ze wschodu! Wielu angielskich rycerzy zginęło. Wy świętujecie w Polsce takie klęski? 

Dziadek Lichocki rechotał.

 

 

Johanna Haase

 

 

Komentarze (26)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Regały chłodnicze] *.internetdsl.tpnet.pl

    Świetny artykuł, miło jest czytać tak dobrze napisane wpisy, czekam na kolejne :D Pozdrawiam.

  • Gość: [Johny] *.com

    Ależ Pani pisze! Najpierw śmiałem się ze wspomnień szkolnych, a później łza się w oku zakręciła.
    Pięknie. Proszę o więcej takich historii i emocji :)

  • johanna_haase

    @ Johny
    @ Regały

    Bardzo dziękuję, oczywiście, staram się i cieszą mnie miłe słowa, bo wiem dzięki temu, że warto jeszcze coś napisać. :-)

  • maciek_r10

    Naprawdę świetna notka! Też mam taką nauczycielkę, której nie zdołałem powiedzieć jak wielką rolę odegrała w moim życiu, Panią B. Była naszą wychowawczynią i uczyła nas matematyki oraz Astronomii (mieliśmy taki osobny przedmiot), nie stosowała terroru ale też i nie szła ta nauka zupełnie bezstresowo. Na matematyce się znała i ją lubiła z tym, że ona naprawdę mieszkała w szkole (budynku wzniesionym bodaj w 1905 roku ze składek mieszkańców), mieszkała samotnie (tak sobie myślę, że kobieta mądra i finansowo niezależna, musiała wywoływać dawniej jakąś panikę wśród mężczyzn).
    Do liceum przyszedłem nie radząc sobie z podstawowymi operacjami matematycznymi ale w klasie IV-tej sam z wyprzedzeniem opanowałem rachunek całkowy z książki Franciszka Lei "Rachunek różniczkowy i całkowy" wydanej w 1965 roku. W naszej klasie mat.-fiz. mieliśmy "biblioteczkę matematyczną", która zawierała 3 książki, to były książki Pani B. Pozostałe dwie to "Zbiór zadań z geometrii wykreślnej" (teraz czytam, że wydano go w 2 tomach więc formalnie to byłyby 4 książki) z kapitalnymi anaglifami. Zdarzało się czasem, że ktoś w jakimś szczególnie nerdycznym nastroju, wyjmował ten zbiór i zezował, żeby uzyskać tę iluzję głębi. Trzecią była "Nomografia" E. Otto którą parę lat temu z czystego sentymentu kupiłem na allegro. Nomografia to ciekawy aczkolwiek wyschnięty już dzisiaj nurt matematyki stosowanej (takie rozszerzenie suwaka logarytmicznego), trafiłem niedawno nawet na darmowy programik w Pythonie, który pozwala wygenerować sobie pewne klasy nomogramów w formie pdf-a.
    Pani B. przyszła pracować do liceum w czasie kiedy uczył się tam mój ojciec, kiedy uczył się tam mój syn, Pani B. spędzała tam swoje ostatnie lata, była sprawna i w dobrej kondycji. To była kobieta, której czas się jakby nie imał, zawsze elegancka, szczupła, wyprostowana, zadbana, urocza. Kiedy uczył się tam mój syn to spotkałem ją na szkolnym korytarzu ale dokądś się śpieszyłem, więc na zdawkowych uwagach się skończyła ta nasza krótka rozmowa.
    Po pomyślnym zdaniu egzaminu na studia pojechaliśmy z kolegami do Pani B., była wtedy akurat u swojej matki w K., przyjęła nas, wypiliśmy jakąś herbatę, ale nie padły wtedy z niczyich ust te Właściwe Słowa. Na niekorzyść zadziałała ta względność czasu, którą młodzi, wiecznie zalatani ludzie, nie biorą pod uwagę, aż robi się w którymś momencie za późno.

  • johanna_haase

    @maciek

    To ciekawe, czemu szerzej o tym nie napiszesz? Założenie bloga to 10 minut roboty.

  • Gość: [R-ztec] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Każdy chyba miał w ogólniaku taką mniej-lub-bardziej Orzechowską. Świetna historia bajdełej.

  • brzezina_morska

    Ależ miła lektura do porannej kawy, wspomnienia wracają (matura '85, tyle że w Gdyni) :).
    Te same klimaty, podobni nauczyciele - a właściwie Nauczyciele. Też spotkałem kilku takich, którzy wstawili mi jakieś drogowskazy na dalszą drogę.
    Pozdrawiam z Trójmiasta!

  • maciek_r10

    @johanna
    Niestety, to jest efekt zjedzenia Twojej magdalenki (ta była wybitna). Pomyślałem pod jej wpływem, że zawodowi nauczyciela należy się szczególny hołd, a Pani B. była nauczycielką par excellence, przynajmniej dla mnie. Jeśli ktoś taki, całe swoje świadome życie decyduje się spędzić przy dźwięku szkolnego dzwonka, to już o czymś świadczy.
    Są takie zdjęcia które wyrażają doskonale pewne idee. Tak jak istnieje zdjęcie, a właściwie fragment filmu dokumentującego likwidację lubelskiego getta, które ilustruje ideę Holokaustu, tak też istnieje zdjęcie pokazujące ideę Nauczyciela/Uczenia. Widzimy na nim Paula Erdosa a obok cudowne (wtedy jeszcze) dziecko matematyki - Terence Tao z tym cudownym, bardzo ludzkim gestem zatrzymania jeszcze niegotowej myśli przy ustach.
    Gdyby to był blog Wojtka Orlińskiego to może on by mi walnął przysłowiową blachę na czoło, w stylu: "Możesz o tym pisać, ale na _swoim_ blogu.", więc dziękuję, że ujęłaś to w sposób łagodniejszy. :-)

  • johanna_haase

    @maciek

    "Gdyby to był blog Wojtka Orlińskiego to może on by mi walnął przysłowiową blachę na czoło, w stylu: "Możesz o tym pisać, ale na _swoim_ blogu.", więc dziękuję, że ujęłaś to w sposób łagodniejszy. :-)"

    No widzisz, wcale nie o to mi chodziło, acz pisząc to, pomyślałam, że jako czytelnik WO możesz to tak odebrać. Nie, mi glossy do tekstu w komentach nie przeszkadzają, ale mam poczucie, że się czasem jakieś historie w komentarzach marnują.

  • johanna_haase

    @brzezina
    @R-ztec

    Dzięki za miłe słowa. Z dzisiejszej lektury Fejsa u Pawła Wimmera dowiedziałam się, że te fajne historie to z Google+ jego znajomego. ;-)

  • maciek_r10

    @johanna/intencje

    No ale czy nie byłoby jakoś sprawiedliwie gdyby ta sól, którą u WO latami sypałem w lufy tej dwururki Czechowa, wgryzła mi się w zadek właśnie u Ciebie?

  • johanna_haase

    @maciek

    Heh, mi kiedyś w redakcji korekta zmieniła "czechowską strzelbę" na "czeską strzelbę".

  • portwajn1

    @maciek_r10 - masz na myśli to zdjęcie stąd: www.nature.com/news/maths-whizz-solves-a-master-s-riddle-1.18441 ?

  • maciek_r10

    @portwajn
    Tak. Natomiast ten krótki zapis filmowy z Lublina o którym pisałem wcześniej, zawsze uważałem z najskuteczniejszą środek leczący z ksenofobii. To powinno działać jak emetyk lepiej niż te niedorzeczne sesje Alexa z "Mechanicznej pomarańczy", powinni to puszczać w szkołach. Ubolewam trochę nad tym, że stajemy się coraz bardziej kulturą obrazkową bo na czytanie nikt nie ma czasu.

    @johanna&czeska
    To dobre! Ale żeby nie było, że jestem jakimś wielbicielem Czechowa (nawet jeśli mówimy o tym gościu ze Star Treka), z tym konceptem też zetknąłem się dopiero u WO (dzięki inżynierowi Mruwnicy). Za drugi caveat w przygodzie pt. "Chekhov for Beginners" (to jest mniej więcej też mój poziom znajomości problematyki) niech robi "Czajka"; to jest tzw. fałszywy ruski przyjaciel i wydaje mi się, że nawet w jakimś teatrze TV za PRL-u pokazywano to źle przetłumaczone.
    Piszesz tu o swoim młodzieńczym, pełnym uroczej fantazji, szydzenia z systemu za PRL-u, ale też dorastanie w tamtym czasie potrafiło wynieść czyste nieuctwo na piedestał walki narodowo-wyzwoleńczej. Ludzie z pewną dumą obnosili się ze swoją nieznajomością języka rosyjskiego, odrzucali np. wielką literaturę rosyjską bo była "ruska" itd.

  • johanna_haase

    @maciek_r10

    "Piszesz tu o swoim młodzieńczym, pełnym uroczej fantazji, szydzenia z systemu za PRL-u, ale też dorastanie w tamtym czasie potrafiło wynieść czyste nieuctwo na piedestał walki narodowo-wyzwoleńczej. Ludzie z pewną dumą obnosili się ze swoją nieznajomością języka rosyjskiego, odrzucali np. wielką literaturę rosyjską bo była "ruska" itd."

    Rzeczywiście tak było, a kiedy odwaga po 1989 staniała, śmialiśmy się, że odbywają się masowe kursy zapominania rosyjskiego.

    Ja się nie wstydziłam i nie wstydzę rosyjskiego, w "Kalince" u wylotu Brackiej na Rynek w Krakowie kupowałam hałdy książek i płyt, Okudżawę czy Wysockiego śpiewam dzieciom w oryginale, nie tylko "wy słyszycje, grachocziet sapagi", ale i "płaczet dziewoczka, szarik uljetieł", cały Lermontowa "Bieliejet parus adinokij w tumanie moria gałubom" pamiętam do dziś. Tłumaczyłam w latach 80. z pewnym powodzeniem, jako licealna gówniara, radzieckie opowiadania SF. Czytam Marininę, pijam ruską wódkę.

    Wszystko to nie przeszkadza mi w pisaniu pogardliwie o współczesnej Rosji i kacapskiej mentalności oraz tych dzikusach, którzy tam rządzą. Do paru znajomych Rosjan mam sympatię, rosyjską kulturę jestem w stanie jakoś odbierać (choć filmów produkowanych w ostatnich 2 dziesięcioleciach nie trawię), ale tonu i głupoty wannabe Wielkorusów nie znoszę i nim gardzę, podobnie jak większości rzeczy, o których docierają wieści z tego nieszczęśliwego kraju.

  • johanna_haase

    @ samej sobie

    "Okudżawę czy Wysockiego śpiewam dzieciom w oryginale"

    A mój syn mówi "przecież wiesz, mamo, że nie znam kaszubskiego". ;-)

  • maciek_r10

    @johanna
    Dzieli nas jakieś 5 lat na moją niekorzyść a kiedy się jest młodym to jest to różnica kolosalna.
    Nie da się rzeczywiście przejść obojętnie nad ogromem zinstytucjonalizowanej przemocy jaka się stała udziałem milionów ludzi tego olbrzymiego kraju, nie można też nie docenić osiągnięć ich nauki, na polu podboju kosmosu, sztuki tzw. wysokiej tak by, przy okazji nie dać się porwać bezkrytycznej rusofilii. To jest na tyle niebezpieczna mieszanka, że należy umieć sobie pewne rzeczy intelektualnie/emocjonalnie rozdzielić by nie popaść w drugą skrajność, czyli jakąś ślepą rusofobię. Konieczne jest więc bycie selektywnym w tym co się u nich podziwia, mieć świadomość, że tam cały kraj padł ofiarą syndromu sztokholmskiego, bo psychologicznie nie miał dokąd uciec ze swoimi emocjami, gdzie sobie opatrzyć tych głębokich ran, komu opowiedzieć o swojej osobistej tragedii. Czy w ogóle coś takiego mieści się pod horyzontem ludzkich możliwości to tego nie jestem pewien, inna rzecz, że sowiecka (czy obecna) władza nie życzyła (i nie życzy) sobie trudnych pytań. To kraj paradoksów, S. Korolewa najpierw omal nie wykończono pod absurdalnymi zarzutami (od cyngi stracił zęby) by w pewnym momencie prosto z Syberii postawić go na czele sowieckiego programu rakietowego. Z Polakami i naszym patriotyzmem jest też trochę podobnie - należy to leczyć/egzorcyzmować raczej na deskach teatralnych scen niż marszach niepodległości.
    Nieznajomość rosyjskiego w moim środowisku to w pewnym sensie wada wrodzona, jeśli trafiasz na dobrego inżyniera to w ciemno możesz zakładać, że to noga stołowa pod względem językowym, jakby wśród nas działał jakiś swoisty operator logiczny typu XOR.

    @Twoje dzieci
    Uśmiałem się z tych cytowanych na fejsie "czynowników" i "wyglądników" (to ostatnie to moje ulubione), że aż westchnąłem z żalem, że tak wielki potencjał kreatywny, system edukacji kiedyś w nich będzie musiał spacyfikować. Może chociaż ten dowcip syna jakoś ten proces przetrwa bez szwanku. :-)

  • Gość *.dynamic.chello.pl

    Przeczytałem o liście przebojów, która była w piątek i ucieszyłem się z cudzego nieszczęścia i cudzej niepamięci, gdyż w tamtych czasach lista leciała w sobotę. Zmyśla! - pomyślałem. Co za radość! Jeszcze tylko pro forma rzut oka na artykuł w wikipedii. A tam stoi, że już w 1990 roku lista została przeniesiona z soboty na piątek. A przecież pamiętam, no po prostu pamiętam, że to całkiem niedawno Niedźwiecki mówił, że list już soboty nie będzie, formułując to w taki sposób, że sugerowało koniec tej audycji. A to już 26 lat minęło.

  • johanna_haase

    @Gość

    Możesz mieć rację. Prawdę mówiąc, to w ogóle nie musiała być audycja po LP3, tak to zapamiętałam, ale może nie. Po LP3 był wtedy zdaje się Teatrzyk Zielone Oko, jakoś mi nie pasuje do tej audycji z Batorem. Może to był po prostu Teatr Polskiego Radia w piątek w nocy, nie pamiętam. Może dniem oblania zaliczenia była sobota? W soboty też mieliśmy zajęcia (olaboga), ale raczej nie kulturę żywego słowa. Ale jakie to ma dziś znaczenie? :-)

  • maciek_r10

    @johanna
    "(...) wieści z tego nieszczęśliwego kraju."

    Zabrakło mi puenty w tym moim przydługim wywodzie o Rosji. Czy nawiązywałaś tu może do "Requiem" Achmatowej?

  • andsol-br

    No to ja też. Parę lat temu wracam na kilka dni do Miasta od Szkoły Średniej. Szkolna koleżanka prowadzi Uniwersytet Trzeciego Wieku, prosi o wygłoszenie Mowy. Uprzedza, że będzie tam nasza polonistka, czy ją pamiętam. Co za pytanie. Tego jej występu z wymieniem Kochanowskiego nie można zapomnieć. Klasa w ciszy, bo ona ma [poetical mode = on], coś wzniośle recytuje, zatrzymuje się i powtarza wyraźnie pierwszy raz w życiu słysząc co Mistrz napisał: "Wy mię... wymię..." Klasa w eksplozji śmiechu, wiersz niedorecytowany.

    Więc siedzi w pierwszym rzędzie a ja opowiadam. Zemsta po latach. Mówię o młodzieży i mowę da się streścić do pytania: "jeśli młódź ma w głowach wielki i żałosny bałagan pojęciowy i etyczny to oni to sobie sami tak powstawiali czy może są gdzieś ludzie za to odpowiedzialni?" Po sesji pytań, których nie było, sesja gratulacji, wiele osób (była polonistka też) gratuluje za zdemaskowanie niedobrej młodzieży.

    Nie słuchali mnie kiedyś, nie słuchali i tym razem. Wiedzą lepiej. Po przebrnięciu przez parę szkół (licząc też te, z których szybko mnie wyrzucano) zostają w pamięci może trzy czy cztery osoby, które można nazwać "pedagogami".

    Dużo by opowiadać, ale nie potrafię. Czasami już odeszli, ale co to zmienia? Mieli dzieci i tym dzieciom nieprzyjemnie by się czytało różne wspominki. Może nigdy się tego nie domyślali o swoich bliskich. A lud taki, że nawet jak nie rzucać nazwiskami, to szybko by odkodowano o kim są co smaczniejsze kęsy. U nas wyciąganie z trumien skandali (i nie tylko skandali) to narodowa rozrywka.

  • Gość: [Amia z Saskiej Kępy] *.dynamic.chello.pl

    Świetny tekst. Dziękuję. jestem rocznik 1966 a więc klimaty są mi bardzo bliskie.... Pozdrawiam.

  • kuba_wu

    Uch, przypomniała mi się nasza historyca. Fizycznie, oraz, no cóż, olfaktorycznie dość zbliżona do bohaterki notki. Autorka niezliczonych grepsów, powtarzanych przy każdej klasowej okazji przez wychowanków, zwłaszcza gdzieś po drugiej, trzeciej kolejce, jak: "Otwórzcie tam połówkę na końcu" (chodziło o okno). Ale bywało też i groźnie: "Przygotujcie się do agresji na Związek Radziecki". Filuternie: "Chłopcze, wyeksponuj dobrze to, co masz". Tajemniczo: "Ja wyjdę przez ścianę, a potem się przelecę po ławkach". Otwarcie: "Muszę pytać, bo mam okres". Itd.

    Pozdrawiam znajomych z ogólniaka.

  • Gość: [charcesz] *.noc.fibertech.net.pl

    Pyszna magdalenka, w komplecie z komentami z czeską strzelbą i z parusem adinokim. Jeszcze tylko smutnej historii wojennej o malcziku z pugawicami mi brakuje, bo zapomniałem po latach, jakiego koloru były te pugawice, chyba siwe.

    Co do walki narodowo-wyzwoleńczej, to poza harcerskimi ćwiczeniami w wysadzaniu wiaduktów kolejowych o których pisałem w innym miejscu, uważałem wtedy za swój wkład w tę walkę jeżdżenie na gapę tramwajami i autobusami oraz przepychanki z kanarami i ucieczki przed nimi. W podstawówce byłem samotnym bojownikiem, bo mało kto z klasy dojeżdżał do szkoły, ale w liceum mogłem przenieść walkę na wyższy poziom organizacyjny, zakładając spółdzielnię gapowiczów, która wspólnie nabywała jeden (lub kolejny - jeśli kontrola miała miejsce przed 15 dniem miesiąca), jak to się wtedy w Krakowie mówiło "znaczek na kartę tramwajową". Złapany refundował pozostałym spółdzielcom koszt znaczka i mógł go (po wpisaniu numeru własnej karty) okazać w siedzibie MPK, unikając kary.

  • Gość: [Ryu Ken] *.dynamic.chello.pl

    Jeśli kiedyś przylecą anunaki i postanowią wyłączyć cały Internet poza jedną stroną, to chciałbym, żeby był nią ten blog.

  • stalowyszczur

    ...długo celebrowałem chwilę, w której przeczytam tę notkę. Machała mi łapką z RSS-ów, czytałem na Fajsie o "przedruku", ale szkoda mi było. Bo każda notka to cacuszko z dziurką. No i dziś pękłem- w taki dzień człowiek potrzebuje czegoś miłego.
    ...ja bardzo przepraszam, jeśli Pani będzie wydawać książkę, to kupię od razu. I proszę wybaczyć, ale z całego tekstu w mózg wbiły mi się wyskakujące cycki, za co serdecznie przepraszam....

Dodaj komentarz

© Haasanki
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci