Menu

Haasanki

Debunkujemy rzeczywistość codziennie od 8:00 do 23:00

Turyngia (1)

johanna_haase

Tutaj złapałam ten fatalny akcent. Tutaj mnie rozpracowywało Stasi, tu stolik w stolik siedział Władimir Władimirowicz w randze majora i pilnował sowieckich oficerów, tu robiłam za delegację FDJ w miłym miejscu o książkowej nazwie na przedmieściach romantycznego Weimaru. Tu Luter przełożył na niemiecki Nowy Testament, tu Connie mnie podrywała na Schnitzel, Kartoffelsalat i Helles Bier z Apoldy.

Hermann Danz urodził się w 1906 roku w jakimś zadupiu w Nadrenii-Palatynacie. To znaczy, ja wiem, że urodził się w Niederschelderhütte, ale to oczywiście dla całej tej historii nie ma znaczenia. Jego matka, uboga robotnica Anna Danz, przeniosła się niebawem do Turyngii, gdzie w kolejnym, nieco większym zadupiu, w Schmalkalden, mały Hermann chodził do szkoły.

Schmalkalden wygląda dziś jak każde małe niemieckie miasteczko, i szczerze mówiąc sto lat temu wyglądało tak samo: kamieniczki z pruskiego muru, kościół, ratusz, ścisła zabudowa w obrębie centrum, a dalej już pola, łąki i niewysokie góry. Ot, coś jak miasteczko Andrychów u nas (acz architektura w Andrychowie oczywiście gówniańsza). Zniszczenia wojenne były niewielkie, a miejsca na enerdowską blokomanię nie starczało, więc miasteczko dziś wygląda podobnie jak wtedy, choć dziś jego zamożność jest dosyć wyzywająca.

1200pxSchmalkalden_1900

(Oczywiście o tych zniszczeniach miejscowi mówią co innego, jejku jejku, dwa naloty US Air Force trafiły nad miasto, w jednym nawet 30 samolotów leciało (miało lecieć 80, ale 50 zgubiło drogę), zrzucono wiele bomb, i jejku jejku, w obu tych bombardowaniach w sumie zginęło 88 mieszkańców miasteczka, a gdyby te 50 samolotów się nie zgubiło, to, meine liebe Frau, tu by kamień na kamieniu nie pozostał. Z polskiej perspektywy oczywiście takie wojenne doświadczenia brzmią trochę słabo. W dodatku w kwietniu 1945 ten kawałek Niemiec zajmowała US Army, więc nie było gwałtów, rabunków i wywożenia mienia, a jak się w lipcu 1945 Amerykanie wycofali i przekazali okupację Sowietom, to szał niszczenia i gwałcenia wśród krasnoarmiejców już nieco ostygł, zwłaszcza że najgorliwisi już rąbali tajgę).

Tu, w otoczeniu ultrakonserwatywnych turyngeńskich mieszczan i chłopów, Danz został w tej szkole podstawowej komunistą. Może nie od razu w pierwszych klasach Grundschule, ale kiedy zaczął się uczyć kowalstwa w szkole zawodowej w roku 1921, w wieku lat piętnastu, miał te poglądy już dosyć mocno uformowane. Dwa lata później przystąpił do Komunistycznej Partii Niemiec i w swoim małym, ultrakonserwatywnym Schmalkalden założył jako 19-latek oddział młodzieżówki KPD.

Zapał oraz umiejętności organizacyjne zwróciły na niego uwagę towarzyszy i w 1928 roku, mając raptem lat 22, wyjechał do Moskwy, do Międzynarodowej Szkoły Leninowskiej, kuźni kadr Międzynarodówki Komunistycznej. Nieustannie fascynuje mnie ta biografia - w wieku, w którym dzisiejszym naszym deklaratywnym lewakom doskwierają głównie takie problemy, jak brak zasięgu WiFi w ulubionej śniadaniowni oferującej holistyczne bajgle z jajkiem i jarmużem, Hermann Danz studiował teorię i praktykę wywrotowości międzynarodowej oraz pracował w rozgłośni niemieckiej Radia Moskwa jako tłumacz.

Miał duże szanse skończyć, jak większość jego kolegów, w dole z wapnem za więzieniem w Lefortowie, albo pod podłogą rasstrielnego domu przy Nikolskiej, ale na swoje szczęście wezwała go Komunistyczna Partia Niemiec do roboty. W 1931 roku wrócił do Vaterlandu, gdzie dostał odpowiedzialną robotę przy budowie struktur i walce z nazistami w Turyngii.

(I znów myśl dryfuje, tym razem w kierunku polskich komunistów. Komunizm w Polsce po 1945 wprowadzał najpośledniejszy garnitur tych dawnych ideowych bojowników Komunistycznej Partii Polski, Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy i Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi. Byli to ci, którzy zostali przez Stalina i sowieckich komunistów uznani za podrzędnych, nieistotnych działaczy. Ważnych i istotnych, jak dziś już na przykład zapomniany Sylwester Wojewódzki, rozwalono w czystkach w latach 30. w ZSRR. Zabito w zasadzie cały Komitet Centralny KPP. Nie wyjechali do ZSRR i nie zostali zabici także ci, którzy w latach 30. za działalność wywrotową trafili do polskich więzień. Polskie więzienie dawało szansę na przetrwanie stalinowskich czystek. Ba, z dzielnych antyfaszystowskich bojowników wojny domowej w Hiszpanii, uczestników Brygad Międzynarodowych, także przeżyli w zasadzie tylko ci, którzy poszli do więzień we Francji. 90% tych, co wrócili do ZSRR, nie przeżyło do 1942. Podobnie było z Danzem - żył, bo wyjechał z Moskwy).

Danz trafiał kilkakrotnie do niemieckich więzień, za działalność komunistyczną i bycie elementem antyspołecznym, najpierw na dwa miesiące, potem na 3 lata. Wyszedł w 1937, kiedy KPD była już nielegalna, a do Moskwy nikt by go nie puścił, więc żył i działał. W 1943 związał się z tworzącym swoją siatkę w Rzeszy Narodowym Komitetem Wolne Niemcy.

Narodowy Komitet Wolne Niemcy (NKFD) był tworem NKWD, na potrzeby tużpowojenne. Po skutecznym wybiciu wszystkich lokalnych komunistów w Polsce, Bułgarii, Niemczech, Czechach itd. Sowieci w 1942-1943 zdali sobie sprawę z faktu, że jak już wojna się skończy i wejdą na tereny zajmowane dotychczas przez III Rzeszę, to nie będą mieli kim obsadzić wiernych sobie rządów, bo swoich towarzyszy pozabijali. Może rzucimy na rząd w Budapeszcie towarzysza Belę Kuna, a na Pragę Bohumira Smerala? No niestety, obuśmy rozwalili, ups, małe kwiprokwo. Tą samą metodą powołano np. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Oj, jak przykro, że towarzysze Unszlicht i Warski oraz towarzyszka Koszutska są nie wiadomo gdzie, strana u nas szyrokaja, może są gdzieś za kołem podbiegunowym, a może gniją w rowie w Kommunarce, trudno, dobierze się z Bieruta i Jaroszewicza. (Tak samo wybito komunistów fińskich, więc jak ZSRR napadł na Finlandię, nie było z kogo zrobić marionetkowego rządu i Mannerheim mógł liczyć na poparcie całego narodu).

Z NKFD było w sumie o tyle łatwiej, że jak się załatwiło Szóstą Armię von Paulusa pod Stalingradem, to nagle do Komitetu Wolne Niemcy przystąpiło ładnych parę tysięcy niemieckich ochotników, a von Paulus zaczął prowadzić pogadanki antyhitlerowskie w radiu Moskwa jako czołowy miłośnik wolności.

Danz przystąpił w 1943 ochoczo do tworzenia struktur NKFD w Rzeszy, po czym został bardzo szybko zdekonspirowany, złapany i posadzony w więzieniu (co nie dziwi, bo mieli na niego kwity od 20 lat), skazany na karę śmierci, a w lutym 1945, mając ledwie 39 lat, został wraz ze współtowarzyszami powieszony.

 ***

To góry, chociaż Las. Dla Polaków rzecz nieoswojona, góry nazywają się Góry, albo jakoś inaczej, ale generalnie Góry nie nazywają się Las. Są Góry Sowie albo Góry Świętokrzyskie, Beskid Wyspowy albo Sudety, Góry Stołowe albo Beskid Mały. W Niemczech góry mogą się nazywać Las. W zasadzie jest to oczywiste, w pewnym momencie dziejów każdy w tym kraju obejrzał przynajmniej jeden odcinek Kliniki w Schwarzwaldzie, ale przecież znajomość niemieckiego w tym narodzie nie wykracza poza Hitler kaputt i Hände hoch, więc zasadniczo może i pięciu Polaków na tysiąc wie, że są takie góry, co się nazywają Schwarzwald, ale może jeden na tysiąc wie, że to znaczy "Czarny Las". W Czarnolesie, jak wiadomo, fraszkopisarstwo uprawiał Jan Kochanowski, tylko że nie w tamtym.

Więc - są góry, co się nazywają Czarny Las, i te góry by były jakoś znane w Polsce, gdyby Polacy lepiej znali niemiecki. Mniej znane są inne "lasy": Zachodni Las, czyli Westerwald, Las Frankoński, czyli góry Frankenwald, Bayerwald, czyli Las Bawarski, albo Oberpfälzer Wald, dosłownie "Las Górnopalatynacki", czyli góry znane w Polsce (he, he) jako... Las Czeski.

No i są te w samym środku Niemiec, Thuringer Wald, czyli Las Turyński. Turyński od Turyngii, nie od Turynu. Warto podkreślić, no bo czasem mniej wyrobiony Czytelnik trochę się gubi, czyta, że góry Eifel, i oczekuje, że są w Paryżu, a tu jednak w Niemczech. Albo Schleswig-Holstein, nazwa jakaś znajoma, a w sumie zdziwko, kiedy Polak dowiaduje się, że jest koło Hamburga, bo od maleńkości słyszeliśmy, że w Gdańsku.

No więc Las Turyński to góry. Nie jakieś wybitne, poniżej 1000 metrów, najwyższy szczyt, Großer Beerberg, ma raptem 983 metry. I znowu - Polak widzi "Beerberg" i myśli o piwie. W sumie blisko, jeśli idzie o piwo z sokiem malinowym, bo "beere" to jagody. 

Pal licho Großer Beerberg, ale taki Inselberg to fajna góra, cała z porfiru, samotny olbrzym widoczny z 30-50 km. No, może nie taki znów olbrzym - głupie 916 metrów. (Coś, jak Magurka Wilkowicka oddzielająca Małopolskę od Śląska, kraj dolin od krainy gór, miejskie od dzikiego). Od tysiąca lat, skuli swojej oberwidoczności, Inselberg był traktowany jako punkt graniczny. Do Inselbergu było jedno księstwo, za nim - już inne. Nawet dziś na nim biegnie granica, między Schmalkalden a Friedrichrodą.

Tak, tym Schmalkalden Hermanna Danza.

A Friedrichroda, no cóż, Friedrichroda, turyngeński Rymanów albo Krynica, na skalę Turyngii oczywiście, czyli mała, urocza, skrzywdzona w wojnie, a przecież taka milusia, wypoczynkowa, przytulna, spokojne miasteczko z poczuciem niesprawiedliwości.

***

Hermann Danz umarł i został wciągnięty na listę świętych enerdowskiego komunizmu. Nie był na niej wysoko, bez porównania z Klarą Zetkin czy Różą Luksemburg, ot, dostał trzy ulice i dom wczasowy. Dawny piękny dom wypoczynkowy nazistowskiej Kraft Durch Freude we Friedrichrodzie, o rzut kamieniem od rodzinnego Schmalkalden, tuż za górą Inselberg, stał się FDGB-Erholungsheim „Hermann Danz”. FDGB znaczyło „Freier Deutscher Gewerkschaftsbund”, czyli Związek Wolnych Niemieckich Związków Zawodowych, a Erholungsheim to po prostu „dom wczasowy”.

bild107804_vvariantBig16x9_w576_zc915c23fa

***

Jakimś zakręconym splotem okolicznści trafiłam do „Hermanna Danza” w 1986 czy 1987 na dwutygodniowy wywczas. Do dziś mam w Książeczce Walutowej NBP adnotację ze stempelkiem, że władze bankowe PRL wydały mi zgodę na zakup 200 marek DDR. Nie była to jakaś zawrotna suma, ale dało się nią rozsądnie godpodarować.

(Kawa w socjalistycznej Konditorei kosztowała 5 marek za Kanne, czyli dzbanek, i z tego dzbanka wychodziły trzy Tassen, porządne filiżanki, a kawa nie smakowała jak prażone zmielone robaki pakowane w PRL przez Przedsiębiorstwo Obrotu Spożywczego Towarami Importowanymi POSTI Chorzów (w PRL główne miejsce produkcji „legalnej” kawy).

Buty Salamander kosztowały 100 marek - można było w ten sposób wykończyć NRD, bo Honecker uparł się, żeby towary importowane z RFN kosztowały w NRD tyle samo. Więc zachodnioniemieckie buty za 100 marek zachodnioniemieckich kosztowały w NRD 100 marek wschodnioniemieckich i co kilka dni widziało się wycieczki oficerów sowieckich kupujących je workami. W Berlinie Wschodnim co weekend takie same wycieczki oficerów US Army, Armeé Française oraz British Army w mundurach galowych wywoziły worki adidasów i pum z enerdowskiego Kaufhofu. Więc najprostsza metoda na wykończenie NRD to było kupowanie tych butów w wielkich ilościach, bo urzędowy kurs de facto wynosił 2 marki wschodnie za jedną zachodnią, a czarnorynkowy - nawet 3:1.)

(Tu luźna dywagacja, że w 1988 podobny problem PRL miał z jogurtem, urzędowa cena bodaj 9 zł nie miała się nijak do kosztów produkcji, polski jogurt był najwyżej dotowanym produktem w RWPG, koszty produkcji były 4 razy wyższe od ceny, a myśmy używali go do rzucania w milicję, bo był tani i skutecznie blokował szyby w milicyjnych polewaczkach).

A taki kieszonkowy zegarek Ruhla, z Socjalistycznego Będącego Własnością Ludu Kombinatu Zegarków i Mechanizmów Precyzyjnych czy jak się to nazywało, plastikowy, kosztował 16 marek. Był tandetny, w połowie z plastiku, trzeba było dokupić łańcuszek za kolejne trzy marki, pierwszy raz w życiu widziałam produkt, który fabrycznie miał tylko 6 miesięcy gwarancji, duma z osiągnięć nie przesłaniała Niemcom z NRD trzeźwego osądu, zegarki z plastikowymi osiami, kółeczkami, bez kamieni w łożyskach nie miały prawa dłużej działać, co było o tyle zabawne, że Ruhla produkowała też aparaturę do sprzętu latającego i opinia dostawcy tandety trochę chyba psuła komfort lotu takim samolotem.

No i Ruhla była tu zaraz, obok Friedrichrody, krótkim spacerkiem, 10 km przez Tabarz i Seebach, mała mieścina, w szczycie liczyła 8200 mieszkańców, Bracia Thiel założyli tu fabrykę czasomierzy i zaczęli produkować, zegarki, zegary, prędkościomierze, różne fajne rzeczy, które miały się niebawem przydać. Szczyt populacja Ruhli osiągnęła w 1939, potem, nie wiedzieć czemu, ha, ha, było coraz mniej ludzi, dziś tu mieszka może ze cztery tysiące ludzi, no, urocze zadupie, ryneczek, kościółek, kamieniczki, tanie mieszkania, jakby ktoś szukał, stroje ludowe, górki, narty, dosyć łagodny klimat.

Ruhla_ThielWojna Ruhlę prawie całkowicie ominęła - miasteczko wciśnięte między góry było słabo widoczne dla bombowców, a i parcia silnego nie było, co prawda narodowosocjalistyczna w czasie II wojny fabryka Thiel produkowała sprzęt dla wojska, ale pomijalny, Messerschmitt bez wysokościomierza od biedy mógł latać, zegary to nie to, co silniki czy paliwo. No i bombardować było jakoś słabo, do produkcji Niemcy zatrudnili ponad 2000 robotników przymusowych, głównie z Francji i Włoch, kadry z fabryki zegarków narzekały, ach, Włosi i Francuzi, no trudno, zawsze to lepiej niż ta dzicz ze Wschodu, ale jakbyśmy tak na Szwajcarię napadli! To by była fachowa i tania siła robocza! Prawie widziałam, jak marzą o tych szwajcarskich niewolnikach, jakby oni wyprowadzili narodowo-socjalistyczną firmę Bracia Thiel na szerokie wody, jakby ci spece od rolexów i patków zabrali się za te mechanizmy z Ruhli. Więc bombardować Ruhlę było trochę szkoda, zakład nie tak istotny, miasteczko tak małe, że rozrzut bomb z Latającej Fortecy jest większy niż granice miasta, a i szansa trafienia w obóz pracowników przymusowych niezerowa, więc może lepiej nie. Dopiero wiosną 1945, jak już Amerykanie stali parę kilometórw dalej, pod Vachą, za rzeką Werra, to już, meine liebe Frau, już Hesja, oni tam powiedzieli Yankees, że my tu jesteśmy jacyś naziści, a przecież tu sami porządni ludzie, i Amerykanie ustawili działa, i zaczęli strzelać na naszą stronę, z Hesji do Turyngii, ten ostrzał szedł na Gothę, na Friedrichrodę, i, mein Gott, trzy pociski spadły na nasz kościół, i pięć lat remont dachu potem trwał, dłużej niż ta cała wojna, bo komuniści nie dawali odbudować, taki wstyd był na cały Las Turński, że w Ruhli wielki zegarkowy kombinat, a kościół bez dachu, i ci z Hesji pokazywali sobie zza rzeki, i mówili, naaa, jaaa, dziadostwo w komunistycznym DDR.

Więc wojna obeszła się z Ruhlą niesłychanie łagodnie, tu też weszła US Army, i coś US Army tu szukała, i szukała, ale znaleźli dopiero we Friedrichrodzie.

***

Z tą Ruhlą to jest jeszcze jedna śmieszna rzecz, o której w zasadzie nikt dziś nie pamięta.

Jak państwa Ententy w końcu zmusiły Niemcy do podpisania zawieszenia broni w 1918, to w zasadzie pobieżnie wykształcony człowiek wie, że miało to miejsce w lasku Compiègne. Wikipedia pisze o tym:

„Rozejm w Compiègne – kończący I wojnę światową układ rozejmowy pomiędzy Ententą i Cesarstwem Niemieckim, uzgodniony w poniedziałek 11 listopada 1918 o godzinie 5:12 i podpisany o 5:20 rano w wagonie kolejowym w lesie Compiègne. Zgodnie z propozycją marszałka Focha obie strony przyjęły jako godzinę złożenia podpisów 5:00. Rozejm wszedł w życie tego samego dnia o godzinie 11:00 czasu paryskiego, to jest po 6 godzinach od zakomunikowanej godziny podpisania. (…)”

Wagon kolejowy w lasku Compiegne, 11.11.1918Wagon kolejowy, w którym podpisano rozejm upokarzający dla Niemiec, stał się symbolem triumfu Francji. Nie dziwi więc, że gdy Francuzi haniebnie dali dupy w kampanii 1940, na osobiste żądanie Hitlera zmuszono ich do podpisania rozejmu w tym samym wagonie, sprowadzonym do tego samego lasku, na ten sam biegnący przez jego środek tor. Francuzi zostali upokorzeni, a Niemcy wagon zabrali i, jak prawdpodobnie wiedzą widzowie popularnych programów historycznych w TV, został on wysadzony przez Niemców, nawet mi się o oczy w jakimś Discovery obiły ujęcia efektownej eksplozji.

Otóż nie do końca.

Wagon z Compiègne może nie był dla Niemców skrzynią z Arką Przymierza, jak w przygodach Indiany Jonesa, ale jednak stanowił cenną zdobycz, symbol, totem zdobyty na wrogu. Proste wysadzenie go w powietrze nie wchodziło w grę.

Wagon z Compiègne został zabrany z Francji i trafił do Ruhli. Stał tu całą wojnę, ukryty przed bombardowaniami, pilnowany przez specjalny oddział SS. Kiedy Amerykanie się zbliżali, a Rosjanie i Polacy byli jeszcze daleko, walcząc o Królewsko-Polskie Rezydencjalne Miasto Drezno, strażnicy wagonu zabrali go w podróż, próbując przemycić go dalej w głąb Turyngii. Dotarli kilkadziesiąt kilometrów dalej, do Crawinkel, gdzie musieli odpuścić. Wagon został zaminowany i wysadzony w powietrze, a jego rozpoznawalne szczątki zostały… zakopane.

Co śmieszniejsze, podwozie, koła i rama wagonu przetrwały wysadzenie, pożar i demolkę. Ruskim, wywożącym wagony do ZSRR, spalony szkielet był po nic, a zdewastowanym i okradzionym Niemcom po kapitulacji wagony były cholernie potrzebne, więc enerdowcy wagon odbudowali, jako pojazd dla drużyn kolejowych DR. W stanie mocno zdewastowanym dotrwał do 1970, kiedy trafił na stan zakładów produkujących zwrotnice kolejowe Weichenbauwerke w innym ładnym miasteczku Turyngii - Gotha. Przetaczali go tam po produkowanych przez siebie zwrotnicach i rozjazdach w te i we wte, aż w 1986 ktoś zwrotnicę źle przestawił, więc wagon z Compiègne trafił pod najcięższą enerdowską lokomotywę spalinową V180 i poszedł na złom.

***

Friedrichroda wojnę wspomina źle, ale inaczej źle niż inne wschodnioniemieckie miasta. W innych wschodnioniemieckich miastach wojnę wspominało się źle z powodów ideowych, bo, prawda, my tu wszyscy antifaschismus uprawialiśmy i każdy trzymał co najmniej jednego Żyda na strychu albo w piwnicy, normalnie, jak to w NRD.

Narracja była taka, że łatwo było pomyśleć, iż Niemiecka Republika Demokratyczna była pierwszą ofiarą Hitlera, który przy pomocy swoich amerykańskich sojuszników oraz podżegaczy z monachijskich ziomkostw zaatakował miłującą pokój republikę antyfaszystowską.

Stosowny wkład w tę narrację wniosły nawet władze PRL, w takim muzeum-obozie Auschwitz były „bloki narodowe”, ekspozycje poświęcone krajom napadniętym przez III Rzeszę, z których więźniowie trafiali do Auschwitz, i były, a jakże, bloki ZSRR, Francji, Bułgarii czy, no właśnie, blok NRD.

Więc w NRD ta opowieść była taka, że ponieśliśmy straty, ale te straty to nam Hitler spowodował, i trudno, teraz walczymy o Frieden, Socialismus i Freundschaft. Co mieli mówić, że 2 miliony Niemek Sowieci zgwałcili, że ruskie wojska nawet szyny kolejowe wywoziły? We Friedrichrodzie natomiast ta historia brzmiała nieco inaczej, że my tu wszyscy jesteśmy pokojowi ludzie i miłujemy odwiedzających nas kuracjuszy, tylko Amerykanie nas tu okropnie mordowali.

***

Friedrichroda, urocze miasteczko położone na północno-zachodnich stokach masywu Inselbergu, zostało odkryte dla celów kuracyjnych w pierwszej połowie XIX wieku. W 1837 roku księgarz Friedrich Christoph Perthes z pobliskiej Gothy dla poratowania zdrowia przyjechał do tego miasteczka, wyzdrowiał i od 180 lat jest uznawany za „pacjenta zero”. Księgarz wrócił do Gothy, nagadał znajomym, jakie to cudowne właściwiści powietrza i żelazistych wód, i zaczęła się moda, nakręcana przez ówczesne społecznościówki, czyli pozytywne recenzje na rautach i podwieczorkach przy klawikordzie. Jak podaje niemiecka Wiki, w 1852 w ciągu całego roku było 333 kuracjuszy, w 1892 - 9381.

W wodzie rzeczywiście coś jest, nie chce mi się szukać badań, ale smakuje słonawo. Gleba tu z dużą zawartością rud żelaza i czegoś jeszcze, czerwonawa, błoto też czerwonawe, moje kupione w 1987 za 100 DDR-Mark białe piękne pumy po kilkunastu dniach łażenia po lasach i górach wyglądały, jakbym z pracy w rzeźni wracała.

***

Wojna przyszła do Friedrichrody 6 lutego 1945. Nie, żeby wcześniej ją jakoś omijała, w 1813 na okolicznych polach Kozacy dorzynali resztki wycofującej się armii francuskiej, ale to jednak były inne wojny, sprawy wojskowych, i to w dodatku obcych wojskowych. Szóstego lutego 1945 nadleciało 11 Latających Fortec B-17G z 8 Floty Powietrznej US Air Force. Zrzuciły na miasteczko 27,5 tony bomb. 425 domów zostało zrównianych z ziemią. Około 135 osób zginęło.

Niemal równo dwa miesiące później, w nocy z 7 na 8 kwietnia 1945, na miasto położyły ogień jednostki artylerii sił lądowych US Army przygotowując się do ostatecznego natarcia, w którym doszli aż za Erfurt. Kolejnych kilkadziesiąt budynków zostało zburzonych, zginęło około 40 kolejnych ofiar.

Niemcy opowiadali mi o tym w 1987 roku po cichu i z oburzeniem. Były to opowieści dobrze wyreżyserowane, trochę tak brzmiały, jakby to było coś nielegalnego, słuchaj, Johanna, sciszonym głosem, ale ty wiesz, co tutaj ci verdammte Amerikaner wyprawiali? Takie niby nieoficjalne pogaduchy, jakby mi jakąś tajemnicę zdradzali, jakby STASI miało za to komu nieprzyjemności robić, a przecież była to opowieść oficjalna, kultywowana w mediach, na szkolnych akademiach, pobłogosławiony przez partię oficjalny przekaz. Nie wieder Krieg, nigdy więcej wojny, wszędzie na świecie ludzie cierpieli, Hitler, Auschwitz, Amerykanie we Friedrichrodzie to robili, co później w Wietnamie, bombardowali miłujących pokój enerdowców i kuracjuszy w szpitalu, i nasze małe lokalne firemki rzemieślnicze, domy wczasowe i kawiarnie.

Tylko, że była całkowita nieprawda.

***

Pomnik ofiar wojny we Friedrichrodzie stanął w roku 1990, jeszcze na fali postenerdowskiej postprawdy. Upamiętania „ponad 140 ofiar” amerykańskiego bombardowania. Jak się wczytać w lokalne publikacje, to znów znajdziemy opowieści o rzemieślnikach, kuracjuszach, małych lokalnych firmekach zbombardowanych.

Kuracjusze w lutym 1945 byli tu rzeczywiście, tylko dosyć specyficzni. Tutejszy Kurhaus oraz erholungsheimy i pensiony pełne były wracających do zdrowia żołnierzy Wehrmachtu i SS. Zrozummy się dobrze - celem nie był szpital, z czerwonym krzyżem na dachu i pielęgniarkami podającymi morfinę, z amputacjami kończyn. Był to ośrodek wczasowy dla żołnierzy wypoczywających przed powrotem na front. Friedrichroda była „miastem lazaretowym”, była też etapem ewakuacji dla uciekających z większych miast uchodźców, szukających schronienia przed bombardowaniami. Wśrów 140 „niewinnych ofiar” bombardowania było z pewnością co najmniej kilkudziesięciu wypoczywających tu żołnierzy frontowych.

I firmy, które tu tak celnie zbombardowano, były dosyć specyficzne. Jedną z nich była Möbelfabrik Ortlepp, czyli Fabryka Mebli należąca do rodziny Ortleppów, a w czasie wojny zarządzana przez braci Hortenów.

Formularz rachunkowy fabryki mebli Ortlepp.

***

Pan Ortlepp jeszcze mieszka we Friedrichrodzie, przy Hauptstraße 17. Odkrywam to dziś, i odkrywam przy tym, że sporo czasu spędziłam przesiadując zaraz obok, pod sąsiednim adresem Hauptstraße 19, w Café-Konditorei Busch, jako „towarzyszka z Wielkiej Brytanii”.
***

Bracia Horten byli lotnikami i biznesmenami. Było ich trzech, Wolfram w 1940 dał się zestrzelić w He-111 nad Dunkierką i zniknął z kart historii. Reimar i Walter doszli do wniosku, że korzystniej dla zdrowia i biznesu jest przestać latać, a zacząć samoloty budować i sprzedawać. Wysiedli więc ze swoich messerschmittów i rozejrzeli się za fajnym zakładem, gdzie mogliby z istniejących na rynku klocków zacząć składać nowe zabawki.

Miejscem, które wybrali, była Fabryka Wagonów w Gotha, czyli Gothäer Waggonfabrik. Opętani myślą o zbudowaniu nowoczesnego samolotu w kształcie „latającego skrzydła”, z użyciem dostępnych już na rynku silników odrzutowych Junkers Jumo 004, rozpoczeli tam produkcję, czy raczej projektowanie, kolejnych Hortenów. Kiedy wojna zbliżyła się na tyle, że Gotha znalazła się w zasięgu lotnictwa bombowego, bracia Horten uznali, że ryzyko za duże, i poszukali innej lokalizacji, ale blisko, żeby pracownicy wykwalifikowani z Gothy mogli łatwo dojechać, a równocześnie - żeby bomby za gęsto nie spadały. Wybrali, no co? Möbelfabrik Ortlepp we Fridrichrodzie, w zasięgu „leśnego tramwaju” dojeżdżającego z Gothy co pół godziny, a przecież w bezpiecznym, spokojnym miasteczku, którego nikt nie będzie bombardować, bo lazaret, szpital i uchodźcy.

W połowie stycznia 1945 samolot był gotowy i rozpoczęto loty próbne. Dwa tygodnie później, 6 lutego na fabrykę we Friedrichrodzie, nie wiedzieć, kurwa, czemu, spadły amerykańskie bomby.

***

Kiedy Amerykanie znaleźli się w pobliżu, ruszyli pędem do fabryki mebli jak w ciemno, musieli wiedzieć, co tam się znajduje. Wszystkie znalezione Horteny H IX - które wtedy już miały oznaczenie Gotha Go 229 - spakowali i wywieźli do USA. Czego się nie udało spakować lub nie nadawało się do transportu, Amerykanie rozwalili na kawałki i spalili, żeby nic nie wpadło w ręce Rosjan. Potem, do lipca 1945, do samego wycofania się i przekazania terenów pod okupację Armii Czerwonej, pieczołowicie wyławiali spośród mieszkańców Gothy i Friedrichrody wszystkich tych, którzy pracowali przy produkcji.

Gotha Go-229 w fabryce mebli we Friedrichrodzie.

Ten samolot był przełomem - szturmowo-bombowy odrzutowiec w technologii stealth. Nie byłby zupełnie „niewidzialny” dla radarów, ale testy, które przerowadzili pracownicy z Northrop Grunman przed kilkoma laty na makiecie powstałej na bazie zachowanych egzemplarzy, dowodzą, że ówczesne radary alianckie zauważałyby go znacznie później, niż o wiele mniejsze konwencjonalne myśliwce niemieckie. Chwytliwe porównania Go-229 do innego „latającego skrzydła”, bombowca strategicznego B-2 Spirit, nie mają chyba podstaw, trudno mi uwierzyć, żeby Amerykanie w latach 70. czy 80. jeszcze mogli się inspirować techniką III Rzeszy.

W każdym razie nazistowski supersamolot, szturmowo-bombowe odrzutowe „latające skrzydło”, powstawało tutaj, w fabryce mebli w małym podgórskim kurorcie Friedrichroda w Lesie Turyńskim. Próżno o tym szukać jakichkolwiek wzmianek w lokalnych przewodnikach, nikt z mieszkańców o tym nie wspomina.

***

Cafe „Busch” to do dziś elegancka knajpka, w rozumieniu prowincjonalnej, postenerdowskiej elegancji, z aspiracjami do bycia biedawiedeńską biedacukiernią. Powstała u zarania uzdrowiskowiej kariery Friedrichrody, w roku 1866, przy Hauptstrasse 19, i jest tu do dzisiaj. W czasach NRD była chyba jedyną kawiarnią (oczywiście, uspołecznionym zakładem produkcyjno-usługowym z branży gastronomicznej) w okolicy, bo zawsze przed nią stała długaśna kolejka.

Ludzie grzecznie czekali, aż zwolni się jakieś wolne miejsce przy stoliku zajętym przez kogoś innego, towarzysz kelner wychodził do kolejki, mówił „noch ein Platz frei”, wyciągał kolejnego szczęśliwca z kolejki i prowadził go do stolika zajętego przez trzyosobową rodzinę z Apoldy liżącą lody, i mówił „ta Genossin będzie tu siedzieć”, i podtykał czwarte krzesło. Najgorzej było przyjść w czwórkę, trzeba było czekać, aż zwolni się cały stolik, i przepuszczać tych szczęśliwców z tyłu kolejki, którzy przyszli w pojedynkę albo we dwójkę.

Mój niemiecki nie był wtedy taki zły, ale w NRD wolałam mówić po angielsku, więc towarzysz kelner, kiedy przyszło co do czego, uznał, że jestem Angielką. Znalazł prawie pusty stolik, siedziała tam starsza pani w koronkach pod szyją, poprosił ją, żeby przeniosła się obok do stolika zajętego częściowo, poparł to szybkim zabraniem jej filiżanki kawy, podsunął mi krzesło, na chwilę zniknął, po czym wrócił ze świeżym, sprzed dwóch dni wydaniem The Morning Star, dziennika Komunistycznej Partii Wielkiej Brytanii.

Zostałam towarzyszką Angielką.

(cdn.)

Komentarze (11)

Dodaj komentarz
  • maciek_r10

    @Johanna
    Przepraszam za obszerność, ale to skutek tego, że mam pilną robotę do oddania. :-) Skończył się w Polsce PRL i zamknęliśmy tę epokę bez refleksji bez namysłu, bez publicznych debat, bez próby oceny tego czym był na tle wydarzeń światowych. Podobnie też przeszedł nam okres okupacji niemieckiej ze zinternalizowaniem w stanie uśpienia tamtej zbrodniczej ideologii. Popioły i dymy z krematoriów czy dołów
    spaleniskowych Bełżca, Treblinki i Brzezinki uległy reifikacji i gapie tamtej epoki (jeśli nie coś gorszego) potrafili przekonać samych siebie, że to ich tam zamordowano. Tak sobie radzimy z historią i dlatego wybija tu teraz faszystowskie szambo. Na podobieństwo pewnych łuskonośnych umiejących w stresie odłamać sobie ogon, przejawiamy zdumiewającą umiejętność autotomii kapitalnej, skłaniającej nas do przykrego wniosku, że zasadnicze do przetrwania jest nie tyle posiadanie głowy ile raczej narządów rozrodczych.
    Niemiecki komunizm to zjawisko, które za PRL-u trochę odbieraliśmy przez stalinowską wykładnię, jako tę słuszną/lepszą ideologię, która mocą prawideł historycznych, okazała się zwycięska. Coraz więcej mamy też dowodów na to, że nazistowska wykładnia też się ma w Polsce nieźle. Nie wydaje mi się, żeby dało się zbudować jakąś sensowną Syntezę Dziejów zdolną w sposób zrozumiały i logicznie spójny pokazać Wielkie Procesy. Więcej mocy, jeśli już nie objaśniającej to przynajmniej narracyjnej, będą mieć zabiegi jakoś analityczne, jak Twój, pokazujące pojedyncze ludzkie losy.
    Możnaby dzisiaj tylko jałowo pospekulować, czy Róża Luksemburg stałaby się stalinistką, gdyby jej nie zamordowano, czy Olga Benario byłaby w stanie odnieść się do czasu spędzonego w Moskwie, gdyby jej było dane przeżyć obóz, w taki sposób jak to zrobiła Margarete Buber-Neumann (jeden z niewielu przypadków przejścia przez system GUŁagowy i hitlerowskich obozów koncentracyjnych). Życie Wandy Wasilewskiej dowodzi, że żeby przejrzeć na oczy nie zawsze wystarczy, że ci NKWD zabije męża. Czy w tym ostatnim przypadku obserwujemy przejaw syndromu Sztokholmskiego czy też wpadnięcia w tunel poznawczy w warunkach silnie zhierarchizowanej ideologii, można się dzisiaj tylko, również jałowo, spierać.
    Jest rzeczą kuszącą przyznać niemieckim komunistom ostatecznie rację, bo przecież wiedzieli, że dojdzie do wojny z ZSRR i że Hitler przegra. Takie jednak myślenie obarczone jest grzechem teleologii bo wiemy dzisiaj, że wcale tak nie musiało być, los Sowietów wisiał na włosku i to że loteria działań zbrojnych przeważyła szalę na korzyść Stalina było absolutnie niekonieczne. O zwycięstwie przesądziły czynniki które jeszcze nie zaistniały w czasach, kiedy niemieccy komuniści wróżyli Sowietom ostateczne zwycięstwo. To wnioskowanie obarczone tym samym błędem, który demonstruje w niedawnym wywiadzie dla GW ks. Michał Heller, kiedy twierdzi, że nauka, w tym przypadku - kosmologia, doszła do miejsca już od dawna okupowanego przez teologów.
    Kiedy dzisiaj historycy badają tamte Wielkie Procesy, powinny korzystać więcej z wiedzy o psychice ludzkiej, interakcjach w obrębie grupy czy o pułapkach poznawczych czy wreszcie o mechanizmach morderczych ideologii, których korbami kręcą przygłupy i których tryby kruszą z taką samą łatwością zarówno prostaczków jak i noblistów. Nie należy więc bagatelizować niskiego IQ kaczystów, bo świadectwa z Auschwitz dowodzą, że nie jest ono nigdy za niskie do pełnienia zadań wartowniczych w obozach. No i tam to właśnie ci lepiej wykształceni pierwsi rzucali się na druty. Najbardziej mordercze systemy opierają się niekompetencji i nieudolności. Żeby wymyślić proch należy pokonać wysoką barierę intelektualną, żeby zrobić z niego użytek nawet nie trzeba umieć czytać.

    Co poleciłabyś do przeczytania o Niemczech z okresu 1918-45?

    Czy "(c.d.n.)" to sygnał, że notka jest w trakcie tworzenia i jeszcze jej tekst nie jest pełny?

    @KO
    Kartoffelsalat*

  • johanna_haase

    @maciek

    Tak, to jest praca w toku. Pomyślałam, że to będzie ciekawe, pisać ją na oczach Czytelników.

    Do reszty odniosę się w trochę mniej pośpiesznym momencie.

  • embercadero

    @maciek_r10

    Heller ma trochę racji, ostatnimi laty znacząca część mejnstrimu fizyki teoretycznej, w tym kosmologii, z braku lepszych pomysłów na wyjaśnienie rzeczywistości odpłynęła na kierunku nieweryfikowalnej pseudonauki która de facto rzeczywiście zaczyna niewiele różnić się od teologii.

  • maciek_r10

    @notka (stan na 29 czerwca 2017)
    Pamiętam własny wypad do NRD jesienią 1978 roku z mamą. Dojechaliśmy do Drezna jeszcze przed wschodem słońca, miałem wielką ochotę zajrzeć do Gemaeldegalerie Alte Meister znanej mi z czytanki do j. niemieckiego, ale wyprawa miała inny cel (zakup jakichś butów na zimę dla mnie bo akurat zacząłem wreszcie gwałtownie rosnąć) więc nie było na nic innego czasu. Został mi w pamięci tylko jakiś dom handlowy rozmieszczony na wielu piętrach i to, że za resztę wymiany kupiliśmy zegarki Ruhla (jeszcze za PRL-u owiane złą sławą enerdowskiej tandety). Przy okazji okazało się, że mój niemiecki przedstawia wiele do życzenia. Buty okazały się też być oparte na technologii plastikowej, żeby mi ich celnicy nie zabrali na granicy stara para wylądowała w koszu.
    Dzisiaj to może wydać się śmieszne ale w produkcji lotniczej, w początkowym okresie istnienia tej branży, próbowały swych sił zakłady specjalizujące się w wytwarzaniu mebli, powozów czy właśnie wagonów kolejowych/tramwajów, jak Gothaer Waggonfabrik czy Linke-Hofmann-Werke (później Pafawag -> Bombardier Transportation).
    Już tu pod inną Twoją notką zwracałem uwagę, że Amerykanie nie używali superfortec (B-29) na europejskim teatrze działań tylko latające fortece (B-17). Swoją drogą, B-29 to konstrukcja z barwną, już zimnowojenną historią, z drugim a nawet i trzecim życiem.

    Nie wiem czy to jest całkiem w porządku komentować Twoją pracę in statu nascendi bo boję się, że mogę Ci pomieszać w dalszych planach. Gdyby tak miało być, to kasuj.

  • johanna_haase

    @maciek

    no tak tak, te wszystkie superlatającefortece mi się stale kontaminują, poprawię; na pociechę - będzie o Gothaer Waggonfabrik

  • maciek_r10

    @myself
    "pOZOstawia wiele do życzenia"*

  • clondike

    Korekta obywatelska: chodziło zapewne o 1942-1943
    > Sowieci w 1942-1942 zdali

  • johanna_haase

    @clondike
    dzięki!

  • maciek_r10

    @KO (19 lipca)
    To bym jednak poprawił:
    "Wśrów 140 niewinnych ofiar"
    "Grunman"

    @stealth
    Oglądałem jakiś film, wrzucony na YT dokumentujący wykonanie tej makiety Ho229 w zakładach Northrop-Grumman. Takie zakłady mają swój warsztat stolarni specjalizujący się w budowie makiet w skali 1:1 kiedy pracują nad kolejną śmiercionośną zabawką dla rządu USA. Zakłady Grumman robią to od swojego zarania. Jednak ta ich makietka, która tak dobrze wypadła w próbach nie miała pewnych istotnych cech rzeczywistego samolotu (choćby tej misternie wykonanej klatki spawanej z rur stalowych "centropłata" widocznej na załączonym zdjęciu). Metal daje jednak jednak silniejsze odbicia w zakresie decymetrowym (z grubsza rzecz ujmując) niż drewno, które w Ho229 zastosowano w szerokim zakresie w postaci sklejki (dość fikuśnie uformowanej) więc i brytyjski de Havilland Mosquito też dałby słabszy refleks na ekranie radaru, nie sądzę jednak żeby ktoś takie porównania robił. Tak się złożyło, że obsesja Hortenów w dążeniu do czystości aerodynamicznej pomogła uzyskać b. korzystną charakterystykę po oświetleniu radarem. Określanie maszyny braci Hortenów mianem "stealth" uważam jednak za grubą przesadę obciążoną grzechem prezentyzmu.
    W wytwórni Northropa prace nad latającym skrzydłem rozpoczęto jakoś tak na przełomie lat 1930-40-tych z tym, że trudno będzie dzisiaj ocenić stopień wzajemnej inspiracji. Należałoby w tym celu przeprowadzić kwerendę prasy branżowej a i tak uzyskalibyśmy pewnie tylko mniej lub bardziej prawdopodobne hipotezy. W każdym razie ideę latającego skrzydła wałkowano już w latach 1920-tych w ZSRR (prace Czeranowskiego czy Czyżewskiego), Francji (konstrukcje Fauvela), w Niemczech, przed Hortenami, bawił się w to inż. Lippisch itd. Warto może zauważyć, że i w powojennej Polsce latał doświadczalny szybowiec SZD-13 Wampir konstrukcji inż. Ireny Kaniewskiej. Niestety, czystość aerodynamiczna tych konstrukcji, pomimo oczywistych zalet, nastręcza spore problemy w sterowaniu i prawdziwy przełom na tym polu, jak wspomniany B-2 Spirit, nastąpił dopiero po dopracowaniu technologii komputerowego wspomagania pracy pilota.
    Braci Hortenów talent jeszcze mordował w okresie powojennym, w Argentynie.

  • magister.sianko

    (...)gdy Francuzi haniebnie dali dupy w kampanii 1940(...)

    To powielanie kłamliwej propagandy sanacji (a potem komunistów). Francuzi walczyli dzielnie, dopóki miało to sens.

  • maciek_r10

    Tak się teraz zastanawiam po co wstawiałem w komentarzach jeszcze daty i wychodzi mi, że to sugestia dla Autorki, żeby przedzielać datami kolejno dodawane partie jej notki, wtedy byłoby możliwe korelowanie komentarzy z konkretnym fragmentem tekstu. Postaram się więcej nie wrzucać tu takich myśli niewyklutych.

    @latające skrzydło
    Zachwycają się ludzie nad rzekomą niewidocznością dla radaru tej maszyny, a nikt się nie zastanawia jak ten samolot sprawdziłby się w locie. Wiele wskazuje na to, że szału nie było (z uwagi na problemy ze statecznością). W końcu pilot, który jako, tako panował nad tym ustrojstwem Hortenów, zmarł wskutek obrażeń odniesionych po
    rozbiciu testowanego samolotu. To znamienne, że Amerykanie nie próbowali tego w locie a przecież prowadzili u siebie szeroko zakrojone testy rakiet V-1 i V-2, różnych nieortodoksyjnych/innowacyjnych pomysłów zarówno tych wprowadzonych w Niemczech pod koniec wojny do użytkowania, jak i takich, które nie wyszły poza stadium niewyraźnego szkicu.

Dodaj komentarz

© Haasanki
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci